piątek, 21 grudnia 2012

Kilka myśli na Rok wiary, cz. I


       Od 11 października tego roku przeżywamy Rok wiary. Ojciec święty Benedykt XVI zachęca nas do tego, abyśmy zadali sobie pytanie o sens wiary, o to czym ona jest, i jak tą wiarą Kościół dziś żyje.
Czym jest wiara? Szukając jakiejś definicji wiary nie będziemy przytaczać tu wielkich dogmatycznych wypowiedzi Soborów i papieży, ale dla naszych rozważań przyjmijmy, że wiara to "życie w zaufaniu względem Boga i w przyjaźni z Chrystusem".
Wiara rozumiana w ten sposób z całą pewnością nie jest rzeczywistością statyczną. To nie jest coś, co zostało dane człowiekowi raz na zawsze. Na wiarę nie można patrzeć tak, jak się patrzy na zdjęcie, które stoi na kominku. Wprost przeciwnie. Rzeczywistość wiary jest rzeczywistością niezwykle dynamiczną i dlatego należy patrzeć na nią nie jak na zdjęcie, ale jak na film akcji. Raz wierzymy mocniej, a raz słabiej i dlatego o wiarę trzeba dbać, i dlatego o wiarę trzeba się troszczyć, i dlatego wiarą nie można się bawić, bo wiarę można też stracić.
Ojcowie pustyni, czyli pustelnicy z pierwszych wieków chrześcijaństwa mówili, że wiara jest jak morska fala, raz jesteśmy bliżej Boga, a raz dalej, raz bliżej, raz dalej i często musimy zadawać sobie pytania o to, gdzie na tej fali, gdzie na tej sinusoidzie ja się dziś znajduję. Czy jestem blisko, czy daleko od Pana Boga? Do jakiego stopnia stałem się człowiekiem chrystusowym? Co się ostatnio wydarzyło w moim życiu duchowym? Czy postąpiłem kilka kroków do przodu, czy wprost przeciwnie, oddaliłem się od Chrystusa? Jak traktuję Boga? Jak traktuję Kościół?
Żyć wiarą. Cóż to znaczy?
Kiedy mówimy o wierze, zawsze musimy mieć na myśli podwójne znaczenie tego słowa. Pierwsze z nich to moje, rzecz by można najbardziej osobiste i intymne, przeżywanie relacji z Bogiem. To jest to wszystko, co kryje się pod słowami "Ja wierzę". To właśnie owa fala, o której już mówiliśmy. Jest jednak i drugie oblicze wiary, o którym, mówię to z przykrością, zapomina się dzisiaj niemalże zupełnie. Jest to przedmiot wiary, czyli to, co zostało przez Boga objawione, a co podane jest przez Kościół do wierzenia. To depozyt wiary, czyli skarbiec katolickich prawd. Katolickie dogmaty, nauczanie papieży, etc.
Przez około piętnaście wieków istnienia chrześcijaństwa nie było żadnych problemów z takim rozumieniem wiary. Proces wierzenia wyglądał w ten oto sposób - moje "credo", moje "wierzę", pokrywa się z "credo" i z "wierzę" Kościoła. To było gwarantem i jednocześnie probierzem ortodoksyjności i prawowierności chrześcijanina. Znacie zapewne pieśń „Com przyrzekł Bogu przy chrzcie raz”. Kolejne jej wersety brzmią: „w to wierzyć zawsze mocno chce, bo tego Kościół uczy mnie, w nim żyć, umierać pragnę”. To jest właśnie to. Ja wierzę moją wiarą w to, co Kościół podaje do wierzenia. 
Dlaczego przez piętnaście wieków nie było problemów z takim rozumieniem wiary? Otóż wraz z reformą protestancką doszło do rozdziału pomiędzy tymi dwiema rzeczywistościami. Marcin Luter powiedział, że nie potrzebuje Kościoła, aby ten mówił mu w co ma wierzyć. Powiedział, że nie potrzebuje hierarchii, papieża, biskupów, księży, aby tłumaczyli, aby objaśniali mu prawdę objawioną, ponieważ tę prawdę można odkryć w pojedynkę, czytając Pismo Święte. Luter uwierzył w jednoznaczność pisanego słowa i to był jego błąd. Przekonuje nas o tym ogromna ilość wspólnot protestanckich, które powstały i ciągle powstają, opierając się na tym samym fałszywym założeniu, a mianowicie, że Pismo Święte może być prawdziwie/właściwie interpretowane w oderwaniu od Tradycji Kościoła, od sposobu, w jaki było ono rozumiane przez wszystkie pokolenia wierzących.
Wiem, że słowa te brzmią strasznie poważnie, bardzo po akademicku, ale myślę, że pomogą nam one zrozumieć to, co się wokół nas dzisiaj dzieje na płaszczyźnie wiary, a mianowicie jej niemalże totalną protestantyzację. Po latach okresu komunistycznego, w którym mówiono nam, że "Boga nie ma", że "Bóg to opium dla ludu", nadszedł czas, głoszenia nauki jeszcze bardziej perfidnej, jeszcze bardziej przewrotnej. Mówi się nam bowiem, że: "Bóg może i jest, ale nie mówi się jaki jest? Mówi się nam, że: "Kościół nie ma wyłączności na prawdę o Bogu, co więcej Kościół może ograniczać nasze relacje z Bogiem. Mówi się nam, że: "Równie dobrze można kochać Boga nie chodząc do Kościoła". "Można Go kochać na przykład mieszkając przed ślubem z dziewczyną". "Można Go kochać nie słuchając się papieża, biskupa, proboszcza". Mówi się nam, że: "Każdy może mieć swojego Boga, swoje przykazania, reguły postępowania, które jeśli będzie trzeba, należy zmienić".
Nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, że właśnie takie spojrzenie na Boga podsuwa się nam codziennie z przekazu telewizorów i z internetowych stron, eliminując konsekwentnie pośrednictwo Kościoła z procesu przekazywania prawd wiary. Ktoś może powiedzieć, że zjawisko to jest jakąś wypadkową pewnych ślepych procesów dziejowych, ale przy bliższym spojrzeniu na problem, bardzo trudno jest nie postawić pytania, czy aby to wszystko, co mówi się przeciw Kościołowi, papieżowi, biskupom, księżom, siostrom zakonnym nie jest elementem jakiejś przemyślanej taktyki, nie jest etapem jakiejś wojny, którą od dłuższego czasu toczy się przeciw Katolicyzmowi i cywilizacji łacińskiej?
 Mater Ecclesiae - ora pro nobis!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza