środa, 14 sierpnia 2013

Patrzeć w niebo, czyli myśl w wigilię Uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

"Gdy zaś inne stworzenia wzrok spuszczają w ziemię, człowiek otrzymał postać wyniosłą, miał nakaz patrzeć w niebo, twarz zwracać ku gwiazdom".
                                                                                                                             Owidiusz, Przemiany

     Tuż przy słynnym ze swoich fontann i egipskiego obelisku rzymskim Placu Navony znajduje się jeden z moich ulubionych kościołów Wiecznego Miasta - Sant'Agnese in Agone. Historia tej świątyni sięga roku 1651, kiedy to Giovanni Battista Pamphilij, z woli Bożej i decyzji kardynalskiego kolegium papież Innocenty X, po nabyciu licznych okolicznych posiadłości, podjął decyzję o wybudowaniu na miejscu starej, poświęconej św. Agnieszce świątyni, nowego barokowego kościoła. Nie bez nieporozumień pomiędzy architektami (Carlo Rainaldi, Francesco Borromini, Giovanni Lorenzo Bernini), którym kolejno to powierzano, to odbierano realizację projektu, został wzniesiony monumentalny budynek, który swym układem i wystrojem zachwyca każdego, kto przestępuje jego progi. Wnętrze kościoła przyciąga uwagę wieloma dziełami sztuki: głównym, w całości rzeźbionym ołtarzem Świętej Rodziny, wykonanymi w tej samej technice przedstawieniami śmierci rzymskich męczenników: św. Cecylii, św. Aleksego, św. Eustachego, św. Emerencjany oraz blisko dwumetrową rzeźbą ukazującą ostatnie ziemskie chwile św. Sebastiana. Doprawdy, siła promieniowania urokiem tego miejsca jest tak duża, że nawet zupełnie nie umiejące się zachować w innych świątyniach grupy japońskich i amerykańskich turystów tu niespodziewanie milkną, dając się pochwycić zachwytowi nad pięknem, które trwa i nigdy nie przeminie. Ars longa, vita brevis. Pośmiertny tryumf XVII i XVIII-wiecznych mistrzów pędzla i dłuta.
       Jednak przy całym tym zachwycie dla walorów barokowego wystroju świątyni ten, kto nie podniesie wzroku ku górze, kto nie oderwie się od horyzontalnej perspektywy widzenia rzeczy i nie spojrzy w stronę kopuły ozdobionej przedstawieniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, wizytę w kościele Świętej Agnieszki może uznać za niebyłą.
       Dante Alghieri w Boskiej komedii wprowadzając czytelnika w bramy raju, zaczął swą opowieść o nim słowami, które przychodzą na myśl, kiedy staje się w zachwycie pod sufitem świątyni:

"Majestat wszystkich rzeczy Wzruszyciela
W przestwory wnika i na światów skronie
Ustopniowaną jasnością odstrzela.
W niebie, co wporzej bożych iskier chłonie,
Byłem widziałem, czego nie wyświęci
Słowami człowiek, choć był w tamtej stronie.
Bo przybliżony do celu swej chęci
Rozum nasz tak w nim przepaściście ginie
że nie pociągnie za sobą pamięci".

      Nade mną niebo, którego "człowiek słowami swemi nie wyświęci". Fresk Wniebowzięcia, pełen kapitalnych szczegółów robi ogromne wrażenie. Jest on dziełem rzymianina Cirro Ferri, ucznia słynnego Piotra z Cortony. Ferri rozpoczął zdobienie kopuły świątyni w 1670 r., jednakże zmarł przed definitywnym ukończeniem prac, które to z kolei przypadły w udziale jego uczniowi - Sebastiano Cobelliniemu. W całym dziele uderza jednocześnie dbałość o detal i uporządkowana swoboda z jaką artysta rozlokowuje niebieskie postaci. Złoty pierścień przy świetliku powoduje, że kopuła wydaje się być jeszcze wyższa niż w rzeczywistości. Aniołowie i święci w niczym nie przypominają sztywnych, nieruchomych  posągów. Wprost przeciwnie! Obraz porusza się, oddycha, żyje. Niebo jest życiem.
        Głównym motywem malunku jest wejście do niebieskiej chwały Najświętszej Maryi Panny. Stoi Ona na obłoku, odbierając hołdy całego niebieskiego zgromadzenia, ale co ciekawe nie czyni tego w geście zwycięzcy, w geście zawodnika, który dopiero wygrał zawody. Jej ramiona nie wznoszą się ku górze, lecz rozciągają się od wschodu do zachodu. Ten gest to symbol matczynej miłości, którym Maryja chce objąć całe stworzenie. Alegoria Kościoła. W ten właśnie sposób tryumfuje pokora i posłuszeństwo bożym wyrokom. Tak oto, odnosi zwycięstwo bezgraniczne zaufanie Panu wyrażone przed laty jednym tylko słowem fiat. "Niech mi się stanie według słowa Twego".
       W kolorowych albumach, które przywiozłem z muzeów Paryża, Rzymu, Florencji, Brukseli i innych miast szukam wcześniejszych niż XVII-wieczne przedstawień Wniebowzięcia. Doprawdy jest rzeczą niezwykle interesującą spostrzec, jak chrześcijanie i to na długo przed formalnym ogłoszeniem dogmatu wierzyli, że Matka Boga nie zakończyła swego życia w taki sam sposób jak inni grzesznicy. W XVI wieku Jacopo Tintoretto, w XV-tym. mnisi Fra Anglelico i Filippo Lippi, w XIV-tym Giotto, w XIII-tym Jacopo Torriti oddali językiem sztuki prawdę wiary, którą dziś świętujemy. Stąd też Pius XII, definiując w 1950 r. naukę o Wniebowzięciu razem z duszą i ciałem Najświętszej Maryi Panny w jednakowym stopniu argumentował biblijnym fundamentem, świadectwem Ojców i teologów, co i głęboko zakorzenioną wiarą prostego ludu, który nie mogąc zgłębiać tajemnic Boga w bibliotekach i uniwersyteckich aulach odkrywał prawdę o Niewypowiedzianym na kolanach.
       Na koniec chcę dodać już tylko jedno zdanie, jak cudowną i zapierającą dech w piersi rzeczywistością musi być niebo skoro według słów św. Pawła, "nie widziało oko, nie słyszało ucho, ani ludzki język nie zdoła wyrazić" jego piękna. Myślę jednak, że na te słowa Apostoła Narodów trzeba brać sporą poprawkę, wszak św. Pawłowi nie dane było nigdy odwiedzić kościoła Sant'Agnese in Agone, gdzie geniusz Ferriego szeroko otworzył okno na błogosławioną wieczność.
Regina in coelum assumpta - ora pro nobis!

czwartek, 8 sierpnia 2013

Kard. Newmana klucz do interpretacji Vaticanum II, czyli myśl o rozwoju doktryny chrześcijańskiej. cz. I

       Poważną dyskusję o Soborze Watykańskim II i o zmianach, które zostały wprowadzone w Kościele katolickim po zakończeniu jego obrad należy prowadzić na dwóch poziomach: historycznym i teologicznym. W pierwszym przypadku Sobór i to, co po nim nastąpiło należy przedstawić tak, jak się przedstawia każde inne wydarzenie w życiu Kościoła, czyli w konkretnym historycznym kontekście. Bez tego wysiłku fenomen Vaticanum II będzie niezrozumiały i podatny na wszelkiego typu manipulacje. Tak jak nie jesteśmy w stanie zrozumieć orzeczeń Soboru nicejskiego z 325 r. bez tła herezji ariańskiej, decyzji Soboru Florenckiego bez husytyzmu i zagrożenia turecką inwazją, Trydentu bez protestanckiej Reformacji, tak samo Sobór Watykański II pozostanie trudny do zinterpretowania bez historycznego kontekstu: bezdyskusyjnej potrzeby reformy Kościoła, globalizacji, modernizacji wszelkich dziedzin życia, rozwoju mediów, zagrożenia wybuchem nuklearnego konfliktu, postępującej laicyzacji tradycyjnie chrześcijańskich krajów, dekolonizacji, traumy po tragedii II Wojny Światowej, sowieckiej okupacji połowy Europy, szerzenia się ideologii komunistycznej oraz nowych koncepcji filozoficznych, którym to uległa znacząca grupa kościelnych hierarchów. W tym kluczu należy czytać soborowe dokumenty.
       Dziś jednak chciałbym się zająć nie historycznym, ale teologicznym poziomem nauczania ostatniego z soborów, stosując do nauk zawartych w jego dokumentach metodę bł. kard. Johna Henrego Newmana. Najpierw kilka słów o samych założeniach tej metody.
       W połowie XIX w., w toku żywiołowej katolicko-anglikańsko-protestanckiej polemiki o historyczność i naturę "prawdziwego Kościoła Chrystusa" anglikański pastor John Newman szukając odpowiedzi na pytania: Gdzie jest żywa, ortodoksyjna, chrześcijańska doktryna? I która z istniejących wspólnot jest instytucjonalnym przedłużeniem Kościoła pierwszych wieków? opracował ogólną metodę rozwoju idei, a następnie zastosował ją do teologicznych badań. Wyniki swych naukowych dociekań Newman zawarł w książce zatytułowanej An Essay on the Development of Christian Doctrine.
       Według Newmana rozwój idei nie dokonuje się na drodze matematycznej, gdzie następująca faza jest czystą ewolucją fazy, która ją poprzedza, ale rozwój ten jest wynikiem "starcia", jest wynikiem walki z różnymi przeciwnymi ideami. A zatem, dowodził uczony, tożsamość każdej idei nie jest równoznaczna z jej niezmiennością, ponieważ istnieją rozmaite formy jej rozwoju, a ona sama może istnieć i mieć wpływ na kształtowanie życia zbiorowego jedynie za cenę własnej ewolucji. Wszelkiego rodzaju zmiany, głosił, można sprowadzić do dwóch zasadniczych linii: zdrowego tj. ortodoksyjnego i niezdrowego/nieortodoksyjnego rozwoju. W pierwszym przypadku idee ewoluują naturalnie, "jednorodnie", w drugim zaś ulegają wypaczeniu i w końcu autodestrukcji.
       Idąc tym tokiem rozumowania Newman starał się znaleźć jakieś obiektywne kryteria, które pomogłyby rozpoznać naturę idei i zbadać proces ich ewolucji. Oto do jakich wniosków doszedł:

       "Pozwolę sobie przedstawić tu siedem cech o rozmaitej zresztą sile przekonywującej, niezależności i stosowalności, na podstawie których można rozróżnić zdrowy rozwój idei od stanu jej wypaczenia i rozpadu. Cechy te są następujące. Wypaczenie nie zachodzi wtedy, gdy:
a) idea zachowuje jeden i ten sam typ;
b) te same zasady;
c) tę samą organizację;
d) jeżeli początki jej zapowiadają dalsze jej fazy;
e) późniejsze zjawiska zabezpieczają wcześniejsze i popierają je;
f) jeżeli ma ona zdolność przyswajania i odradzania się;
g) jest żywotna i aktywna od początku do końca".

       Zastosowanie właśnie tego "testu" doprowadziło Newmana do przekonania, że nie istnieje statyczność doktryn, a co za tym idzie rozwinięcia pierwotnych zasad chrześcijaństwa mogą przybrać albo prawdziwe, albo fałszywe formy. Należy więc, postulował, oddzielić zasady od ich przejawów historycznych. Zasady są niezmienne, ponieważ zostały objawione przez Boga, jednakże w zetknięciu z daną epoką historyczną, określoną kulturą i innymi warunkami (np. herezjami) ubogacają się one w nowe definicje. Zadaniem Kościoła jest więc ich wyrażenie w taki sposób, aby korespondowały z podanymi powyżej cechami "ortodoksyjnego rozwoju". Newman stwierdził, że na przestrzeni wieków jedynie Kościół katolicki tak wybierał lub formułował swe doktryny, że stały się one w obrębie jego depozytu wierniejszym i doskonalszym rozwinięciem pierwotnych zasad. Co ważne do podkreślenia, proces ten postępuje na drodze przechodzenia od implicite do explicite, czyli od tego, co nie zostało jeszcze zdefiniowane do tego, co już stało się częścią niezmiennego depozytu wiary.
       Jak to się ma w przypadku Soboru Watykańskiego II? Weźmy teraz dla przykładu jeden z najbardziej dyskutowanych soborowych tekstów, czyli ósmy punkt Konstytucji dogmatycznej o Kościele "Lumen gentium". Czytamy w nim takie oto słowa:

       "Haec est unica Christi Ecclesia, quam in Symbolo unam, sanctam, catholicam et apostolicam profitemur, quam Salvator noster, post resurrectionem suam Petro pascendam tradidit, eique ac ceteris Apostolis diffundendam et regendam commisit, et in perpetuum ut columnam et firmamentum veritatis erexit. Haec Ecclesia, in hoc mundo ut societas constituta et ordinata, subsistit in Ecclesia catholica, a successore Petri et Episcopis in eius communione gubernata (...)".


       "To jest ten jedyny Kościół Chrystusowy, który wyznajemy w Symbolu wiary jako jeden, święty, katolicki i apostolski, który Zbawiciel nasz po zmartwychwstaniu swoim powierzył do pasienia Piotrowi, zlecając jemu i pozostałym Apostołom, aby go krzewili i nim kierowali, i który założył na wieki jako "filar i podwalinę prawdy". Kościół ten, ustanowiony i zorganizowany na tym świecie jako społeczność, trwa w Kościele katolickim, rządzonym przez następcę Piotra oraz biskupów pozostających z nim we wspólnocie (...)".

       "Kościół chrystusowy <<subsistit in>>/trwa w Kościele katolickim". Jak interpretować to stwierdzenie? Czyż nie byłoby prościej napisać "est"/jest? Kościół chrystusowy jest Kościołem katolickim, tak jak nas tego naucza katolickie Magisterium.
       Na temat tych dwóch słów "subsistit in" w ostatnim półwieczu wylano morze atramentu. Otóż wielu autorów, przypisując temu stwierdzeniu charakter dogmatyczny (nota bene wbrew intencji samego Soboru, który określił się jako pastoralny) udowadniało na wszystkie możliwe sposoby, że rozwój eklezjologicznej doktryny doprowadził do stwierdzenia, iż istnieje jakiś "Kościół chrystusowy", którego nie można utożsamić z żadną z historycznych wspólnot, którego członkami są nie tylko katolicy, nie tylko wszyscy chrześcijanie, ba, nie tylko monoteiści, nie tylko wszyscy wierzący w istnienie jakiejś "wyższej istoty lub wyższych istot", ale i kierujący się głosem własnego sumienia ateiści. Nie można w tym miejscu nie wspomnieć na zasługi dla tego typu interpretacji "Lumen gentium" jednego z najbardziej wpływowych soborowych "periti", o. Karla Rahnera.
       W następnym wpisie przyjrzymy się katolickiemu rozwojowi doktryny o Kościele kierując się właśnie wytycznymi metody kard. Newmana.
Koniec części pierwszej
Mater Ecclesiae - ora pro nobis!

poniedziałek, 29 lipca 2013

O porozumieniu z Metz, czyli dlaczego Sobór Watykański II nie potępił komunizmu? cz. II

"Religia - opium dla ludu i duchowa gorzałka"
       Nim postaramy się zrekonstruować chronologię wydarzeń, które doprowadziły do niepotępienia komunizmu przez Sobór Watykański II, na podstawie kilku tekstów chciałbym ukazać to, co sami ideolodzy tego światopoglądu mówili o religii, a później podać kilka przykładów praktycznego zastosowania tychże nauk.
       Włodzimierz Ilicz Uljanow, znany lepiej światu jako Włodzimierz Ilicz Lenin, w referacie o Stosunku partii robotniczej do religii wygłoszonym podczas debaty w 1909 r., tak oto przedstawiał zamiary rewolucji względem religii:

       "Cały swój światopogląd opiera socjaldemokracja na socjalizmie naukowym, tj. na marksizmie. (...) Marksizm to materializm. Jako taki jest on tak samo nieubłaganie wrogi religii, jak materializm encyklopedystów XVIII wieku lub materializm Feuerbacha. To nie ulega wątpliwości. Ale materializm dialektyczny Marksa i Engelsa idzie dalej niż encyklopedyści i Feuerbach i rozciąga filozofię materialistyczną na dziedzinę historii, na dziedzinę nauk społecznych. 
       Powinniśmy walczyć z religią. Jest to abecadło całego materializmu, a więc również marksizmu. Ale marksizm nie jest materializmem, który zatrzymał się na abecadle. Marksizm idzie dalej. Mówi on: należy umieć walczyć z religią, w tym zaś celu trzeba materialistycznie wyjaśnić źródła wiary i religii wśród mas. Walki z religią nie wolno ograniczać jedynie do abstrakcyjno-ideologicznej propagandy (...); walkę tę należy powiązać z konkretną praktyką ruchu klasowego, który zmierza do usunięcia społecznych korzeni religii. Dlaczego religia utrzymuje się wśród zacofanych warstw proletariatu miejskiego, wśród szerokich warstw półproletariatu, a także wśród mas chłopstwa? Wskutek ciemnoty ludu, odpowiada burżuazyjny postępowiec, radykał albo burżuazyjny materialista. A więc precz z religią, niech żyje ateizm, naszym głównym zadaniem jest rozpowszechnianie poglądów ateistycznych".  (W. Lenin, Dzieła wszystkie, t.17).

     Owo teoretyczne "nieubłaganie wrogie stanowisko" od Rewolucji październikowej do domniemanego upadku komunizmu w 1989 r., wyraziło się w praktyce pozbawieniem życia dziesiątek milionów "elementów kontrrewolucyjnych", głównie wyznawców Chrystusa ale również i przedstawicieli innych religii

Zbrodnie komunizmu      
       Pragnąc zobrazować ogrom i bestialstwo komunistycznych zbrodni chciałbym teraz przywołać książkę Hugh Thomasa The Spanish Civil War (Hiszpańska wojna domowa). Brytyjski historyk opisał w niej barbarzyńskie ekscesy wymierzone w Kościół katolicki, jakie miały miejsce w latach 1936-1939 w tym europejskim kraju. W toku drobiazgowo zaplanowanej i skrupulatnie przeprowadzonej polityki ateizacji władze republikańskie nakazały zamknięcie i skonfiskowanie wszystkich świątyń oraz całkowicie zakazały wszelkiej posługi kapłańskiej. Na terenach zajmowanych przez komunistów dochodziło do niszczenia kościołów i klasztorów, będących nie raz prawdziwymi perłami architektury. W samej tylko Barcelonie spalono 58 z 59 świątyń. Ocalała jedynie miejscowa katedra. W Cuenca komuniści spalili 10 000 tomów bezcennych ksiąg i dokumentów przechowywanych w tamtejszej katedrze. Organizowano spektakle antyreligijne, profanacje cmentarzy, zwłok oraz publiczne palenie krzyży i świętych obrazów. Szacuje się, że ofiarą rewolucji w Hiszpanii padło ponad 20 000 świątyń, czyli blisko 50 % kościołów!!!
       Równie wielkie były ofiary ludzkie. Na terenie całej strefy opanowanej przez rewolucjonistów od egzekucji i tortur zginęło razem 7937 duchownych: 12 biskupów, 5255 księży, 2492 zakonników, 283 zakonnice, 249 osób odbywających nowicjat oraz dziesiątki tysięcy wiernych świeckich. Zachowały się rozliczne świadectwa opisujące tortury jakim poddawano tych, którzy nie chcieli wyprzeć się wiary. I tak, matkę dwóch jezuickich księży uduszono wpychając jej krucyfiks do gardła. Proboszczowi z Navolorales, nim go zastrzelono, nie oszczędzono żadnej z chrystusowych mąk, a ojca Jose de la Cora z miasteczka El Saucejo ukrzyżowano do góry nogami na drzwiach kościoła. Żywych katolików wiązano razem ze zwłokami zmarłych i wystawiano ich na słońce, aby zgnili. Księży rozrywano bykami, topiono, obdzierano ze skóry, palono żywcem i kamieniowano. Jednak przy całym tym okrucieństwie, przy tym iście opętańczym działaniu rewolucjonistów zdumiewający jest fakt, że źródła historyczne nie podają ani jednego przypadku apostazji, ani jednego odejścia od wiary.
        Do roku 1962, czyli do rozpoczęcia obrad Soboru Watykańskiego II komunizm pociągnął za sobą dziesiątki milionów ofiar w Związku Radzieckim, Polsce, Węgrzech, Czechosłowacji, krajach nadbałtyckich, Rumunii, Bułgarii, Finlandii, Wschodnich Niemczech, Jugosławii, Albanii, Włoszech (prawie zupełnie nieznana historia Triangolo della morte w północnych prowincjach kraju), dalej w Chinach, Korei i Wietnamie. Komuniści z zimną krwią eksterminowali całe grupy społeczne i etniczne: miliony nie akceptujących nowego porządku rosyjskich robotników i chłopów (szacuje się, że w samym tylko 1922 r. na wskutek głodu zmarło 5 milionów Rosjan), co najmniej 6 milinów Ukraińców zostało pozbawionych życia w czasie Голодоморy, wymordowano lub deportowano miliony Kozaków dońskich, Mołdawian, mieszkańców Besarabii, Niemców nadwołżańskich, Polaków, którzy nie znaleźli się w granicach II Rzeczpospolitej, a następnie tych, którzy po 1939 r. trafili do strefy okupowanej przez ZSRR, dalej Tatarów krymskich, Czeczenów, Inguszy, Tybetańczyków i wielu innych. Już niebawem komunizm miał zebrać równie krwawe żniwo w Laosie, Kambodży, Etiopii, Mozambiku, w wielu krajach Ameryki Łacińskiej, a na Zachodzie Europy miał zatruć swą bezbożną ideologią myśl filozoficzno-polityczno-społeczną.
       Oto czym jest komunizmu w teorii i w praktyce. Sam więc pomysł niektórych hierarchów Kościoła katolickiego rozpoczęcia pertraktacji z przedstawicielami całkowicie podporządkowanej sowieckim służbom Cerkwi Moskiewskiej (patriarcha Aleksy nazywał Józefa Stalina "opiekunem Kościoła Prawosławnego" oraz "nadzieją całej ludzkości"), pertraktacji w sprawie udziału rosyjskich obserwatorów w obradach Soboru Watykańskiego II był w rzeczywistości niczym innym, jak tylko bardzo niebezpieczną grą oraz siadaniem do stołu rozmów z samym diabłem.
Koniec części drugiej
Mater Ecclesiae - ora pro nobis!

wtorek, 23 lipca 2013

O Piusie XI, Sandomierzu i starych kronikach, czyli myśl o pewnym malunku z prezbiterium kościoła w Bogorii

       Skrzyżowane klucze - symbol piotrowego prymatu. Tiara - potrójna papieska korona, oznaczająca przekazaną przez Chrystusa biskupom Rzymu władzę nad Kościołem wojującym, oczyszczającym się i tryumfującym. Czarny, cesarski orzeł w opadającym locie na żółtym polu, a poniżej, na srebrnym tle, trzy czerwone "piłki". Herb papieża Piusa XI, bo to o nim mowa, od blisko stu lat widnieje nad wejściem do zakrystii Sanktuarium Matki Bożej Pocieszenia w Bogorii. 
       Odkąd zacząłem interesować się historią wiązałem jego obecność w tym miejscu z chęcią upamiętnienia przez mieszkańców mojej rodzinnej miejscowości dzielnej postawy ks. Achille Rattiego, przyszłego papieża Piusa XI, który pełniąc w latach 1918-1921 funkcję Wizytatora Apostolskiego w Polsce jako jeden z dwóch dyplomatów nie opuścił Warszawy w dniach bitwy z bolszewickim wojskiem. Drugim z nich był ambasador Turcji. Jednak jakiś czas temu, przeglądając stare zeszyty "Kroniki Diecezji Sandomierskiej" odkryłem, że malunek z prezbiterium bogoryjskiej świątyni wiązać raczej należy z odwiedzinami ks. Rattiego Ziemi opatowskiej i sandomierskiej, które miały miejsce zaraz na początku sprawowania przez niego wizytatorskiego urzędu. I choć on sam osobiście do Bogorii nigdy nie dotarł, to po jego wyborze na Stolicę Piotrową musiano sobie i tu przypomnieć o angażującej wszystkich diecezjan atmosferze przygotowań do tego ważnego wydarzenia oraz o samym jej przebiegu. 
       Wspominając te historyczne chwile przedwojenny kronikarz pisał co następuje:
       "Przyszły wielki Papież odwiedził Sandomierz 8 września 1918 r. w doroczną uroczystość odpustową w katedrze. Przybył koleją do Ostrowca Świętokrzyskiego 7 września powitany na dworcu przemówieniem łacińskim ks. kan. Wodeckiego. W kościele parafialnym odprawił Mszę Świętą po czym podejmowany był przez ks. Wodeckiego na plebanii śniadaniem. Z Ostrowca udał się sześciokonnym pojazdem do Opatowa. Tutaj został przywitany przez ks. kan. Pióro, odwiedził kolegiatę i wyruszył w dalszą drogę do Włostowa. Przy szosie we Włostowie, oczekiwał na dostojnego gościa ks. Biskup Ryx, z kapitułą katedralną, duchowieństwem i sporą rzeszą ludzi. Powitał ks. Rattiego p. szambelan Karski, wygłaszając przemówienie po francusku, na co również po francusku odpowiedział Wizytator Apostolski. Następnie procesjonalnie przy śpiewie udano się do kościoła, gdzie ks. Wizytator, ubrany pontyfikalnie, zasiadł na tronie. Od ołtarza wygłosił przemówienie w języku łacińskim miejscowy proboszcz ks. Szubstarski. Również w łacińskim, dłuższym przemówieniu odpowiedział na to powitanie ks. Ratti, wyrażając radość, że znalazł się w tak historycznym miejscu, gdzie urodził się i wychował bł. Wincenty Kadłubek.
       Do Sandomierza przybył Wizytator Apostolski następnego dnia w porze rannej. Od Chwałek towarzyszyła karecie konna banderia chłopców ubranych w stroje narodowe. Przed bramą Opatowską oczekiwało na dostojnego gościa przedstawicielstwo obydwu parafij sandomierskich z ks. dziekanem kanonikiem Rostafińskim. W imieniu parafian przemówili: p. Witold Kamocki - po łacinie i gospodarz Gremba - po polsku. Na powitanie to odpowiedział mons. Ratti w języku łacińskim. Przed ratuszem witała Wizytatora Apostolskiego rada miejska z burmistrzem miasta p. Więckowskim na czele. Po drodze do pałacu ustawione były szpalery młodzieży, dziatwy i organizacyj. Brama Opatowska, ratusz i domy prywatne przybrane były zielenią i flagami papieskimi. Przed pałacem powitał Gościa ks. Biskup Ryx z duchowieństwem i po wejściu do pałacu przedstawił ks. Biskup ks. Wizytatorowi kapitułę i księży. Po chwili wyruszono procesjonalnie do katedry bardzo gustownie ozdobionej girlandami, kwiatami i papieskimi chorągiewkami. Po modlitwie przed Najświętszym Sakramentem ks. Wizytator Apostolski usiadł na tronie i jako protonotariusz apostolski odprawił pontyfikalną sumę odpustową z wystawieniem Najświętszego Sakramentu i procesją po cmentarzu. J. E. ks. Biskup Ryx w czasie sumy zajął miejsce w swej stalli, w prezbiterium. Władze austryjackie reprezentowali na nabożeństwie komendant pułk. Schaller, starosta Bogdański oraz komisarz Dunin-Brzeziński. Kazanie wygłosił ks. kan. Jan Wiśniewski. Dłuższy wstęp był wypowiedziany po łacinie i zawierał wyrażenie radości z powodu tak wielkiego wydarzenia - przybycia do Sandomierza przedstawiciela Ojca świętego oraz nawiązywał do wielkiej przeszłości naszej katedry, w której murach święci i najwybitniejsi mężowie polskiego narodu zanosili do Boga swe modlitwy. Kończył się wstęp łaciński tymi słowy:
       <<Populus hic flebiles oculos elevat in coelum unde sperat auxilium sibi a Domino venturum. Vertit etiam oculos ad Te, Excellentissime, qui Augustissimam personam Sanctissimi Patris Benedicti et vere benedicti repraesentantes et in manus Tuas sincerrimum affectum amoris filialis et summae venerationis erga hunc Beatissium Patrem reponit, implorando Deum Omnipotentem, ut hunc benedictum Pastorem pastorum incolumen servet atque defendet>>.

       (Lud ten płaczące oczy swe ku niebu wznosi skąd z nadzieją oczekuje pomocy w przyjściu Pana. Zwraca również oczy ku Tobie, Najdostojniejszy [Gościu], który reprezentujesz Najczcigodniejszą i prawdziwie błogosławioną osobę Ojca Świętego Benedykta, i w Twoje ręce składa najszczersze uczucie miłości synowskiej i najwyższą część dla Ojca Świętego, upraszając Wszechmogącego Boga, by Tego błogosławionego Pasterza pasterzy nienaruszonym zachował i bronił).

       Po nabożeństwie odbył się u Księdza Biskupa obiad, podczas którego ks. Biskup Ryx wygłosił łacińskie przemówienie, dziękując za przyjazd do diecezji. Odpowiedział również łacińskim przemówieniem ks. Ratti, wyrażając wdzięczność za serdeczne przyjęcie, jakie go spotyka ze strony Księdza Biskupa, duchowieństwa i świeckich wszystkich stanów. Po południu przyjmował Ksiądz Wizytator przedstawicieli miejscowej i okolicznej ludności, którzy przybyli z homagium. Wieczorem omawiał z Księdzem Biskupem sprawy diecezjalne, a następnego dnia, w poniedziałek 9 września zwiedził miasto, obejrzał wszystkie kościoły i instytucje diecezjalne. Tego dnia kapituła podejmowała dostojnego Gościa obiadem, podczas którego przemawiał ks. prałat Rewera. Wieczorem po kolacji w seminarium duchownym, gdzie witał mową łacińską ks. Rattiego ks. Rektor Szymański, odbyła się w pięknie przybranej sali teologicznej, naczelnej naszej uczelni duchownej akademia ku czci Księdza Wizytatora. Powitalne przemówienie w języku łacińskim wypowiedział dziekan alumnaty, obecnie ks. prob. Rafalski. Odczyt łaciński o męczennikach sandomierskich wygłosił ks. prof. Wyrzykowski, deklamował okolicznościowy wiersz łaciński ks. dr Tworek, wówczas alumn piątego kursu. Szczególnie dużą przyjemność sprawiła Księdzu Wizytatorowi mistrzowska muzyka na skrzypcach ks. dr Błasikiewicza, naówczas alumna kursu czwartego. Dłuższe przemówienie łacińskie pod koniec akademii wygłosił do alumnów, Ksiądz Wizytator, wskazując na troskę Ojca Świętego o wychowanie kleru. Następnego dnia, we wtorek 10 września Monsignor Ratti odjechał do Krakowa serdecznie żegnany przez Księży Biskupów, duchowieństwo i ludność naszego miasta". 
       
       Jak wieść gminna niesie Ojciec Święty miał zachować na długo w swej pamięci wspomnienie Sandomierza. Gdy później, w Watykanie, spotykał jakiegoś księdza rodem z naszej diecezji mile się uśmiechał i powtarzał słowo "Sandomierz". Pytał również o ks. prałata Antoniego Rewerę. Naprawdę trudno powiedzieć dlaczego właśnie o niego.  Być może łacińsko brzmiące nazwisko zapadło papieżowi w pamięci, a być może jego osobista świętość. Rzeczywiście, ks. prałat Antoni Rewera po długim świątobliwym życiu, w 1942 r., poniósł śmierć męczeńską w obozie koncentracyjnym w Dachau i 13 czerwca 1999 r. wraz ze 107 innymi męczennikami II Wojny Światowej został beatyfikowany przez Jana Pawła II.

Mater Poloniae - ora pro nobis!

niedziela, 17 marca 2013

O siedmiu słowach Jezusa na krzyżu, czyli myśl pasyjna


Trudno powiedzieć dlaczego ludzie przywiązują tak wielką wagę do ostatnich słów wypowiadanych przez umierających. Tak, jakby to jedno zdanie, jedno słowo, mogłoby coś jeszcze zmienić, coś dodać do tego, co zostało powiedziane w ciągu całego życia.
Podobno wielki, niemiecki kompozytor Ludwig van Beethoven miał powiedzieć na chwilę przed swoją śmiercią: „Klaszczcie, komedia skończona!”. Ostatnie słowa premiera Anglii Winstona Churchilla brzmiały: „Już mnie to wszystko potwornie nudzi”. Słynny amerykański piosenkarz Frank Sinatra, ten, który za życia w jednej z piosenek lekceważył moment swej śmierci, powiedział konając: „Przegrywam”, a wynalazca telefonu, Szkot, Alexander Bell, jak gdyby protestując przeciw naturalnemu porządkowi rzeczy, że trzeba odejść, że trzeba umrzeć, zdołał ostatnim oddechem wyrzucić z siebie słowo: „Nie”.
W przeciwieństwie do tych wszystkich osób ostatnie słowa Chrystusa na krzyżu nie odnosiły się do Niego samego, do Jego cierpień, Jego tragicznego położenia. Gdyż to wszystko co powiedział, zresztą jak i całe Jego życie, było całkowicie podporządkowane wypełnianiu woli Ojca, czyli misji zbawiania świata.
Ewangelista Łukasz w 23 rozdziale swojej Ewangelii, w 35 wersecie notuje jedno krótkie, ale jakże ważne zdanie: „A lud stał i patrzył”. Czy zastanawialiście się czemu ludzie tam zostali? Przecież przybito Go do krzyża. Jego śmierć była jedynie kwestią czasu. Po co, dlaczego czekali? Czyż za kilka godzin nie miało się zacząć dla nich święto Paschy? Czemu tracili czas, skoro można go było poświęcić na przedświąteczne przygotowania?
Więcej światła na tę niezwykłą sytuację rzuca nam rzymska literatura starożytna. Słynny pisarz Seneka, opisując męki umierających na krzyżu ludzi podaje, że skazańcy cierpieli tak bardzo, iż przeklinali najcięższymi słowy dzień swoich urodzin, swych oprawców, a nawet bogów i własne matki. Pluli przy tym na tych, którzy stali pod krzyżem. Inny z wielkich starożytnych mężów filozof Cyceron pisał, że aby oszczędzić sobie tych przekleństw i plwocin, niektórzy żołnierze w trakcie egzekucji wyrywali skazańcom języki.
 Dlatego właśnie lud „stał i patrzył”. Lud, uczeni w piśmie i faryzeusze czekali pod krzyżem na ostatnie słowa Jezusa. Czekali Jego reakcji na pogłębiający się z każdą chwilą ból, ból nie do opisania, ból rozrywanych mięśni i stawów, czekali, czy Ten, który mówił o miłości nieprzyjaciół, o konieczności przebaczenia, o tym, by zawsze czynić dobrze nie wyprze się swej nauki w ostatnich chwilach życia. Chcieli mieć absolutną pewność, że nie jest On obiecanym Mesjaszem, a wszelkie ich wątpliwości co do tego zostałyby rozwiane jednym tylko przekleństwem, jednym bluźnierstwem Chrystusa. Dlatego stali i patrzyli na ukrzyżowanego.
Jezus z krzyża wypowiedział tylko siedem słów. Tylko siedem razy odezwał się do ludzi. Oto te słowa i ich znaczenie.
Z Ewangelii według św. Łukasza:

„Gdy więc przyszli na miejsce zwane Czaszką, ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców, jednego po prawej, a drugiego po lewej Jego stronie. Lecz Jezus mówił: <<Ojcze, przebacz im, bo nie wiedzą co czynią>>.

Przebacz. Ale komu? Wrogom? Żołnierzowi, który na dziedzińcu piłatowego pałacu uderzył Go w policzek? Przebacz Piłatowi, za jego tchórzostwo? Żydom, którzy poczuli się zaniepokojeni o swoją wiarę, o świat, w którym żyli do tego stopnia, że zdecydowali się wydać na śmierć niewinnego człowieka? Przebacz im. Ale dlaczego? Ponieważ nie wiedzą tego, co czynią. Nie wiedzą, że gwoźdźmi przybijają Boga do drzewa! Nie wiedzą, że Dawcę życia, że samo Życie skazują na śmierć. Przebacz im wszystkim! Przebacz tchórzliwym uczniom, przebacz Żydom knującym spiski na jego życie,  przebacz Piłatowi za to, że w majestacie prawa, i to dobrze o tym wiedząc, uwolnił bandytę, a skazał na śmierć niewinną osobę. O gdyby wiedzieli kim On jest! O gdyby wiedzieli jaka jest moc Jego krwi, że ma ona możliwość zbawienia człowieka, gdyby tylko mieli wiarę, nigdy nie dopuściliby się tej zbrodni. Nigdy by Go nie zabili!
I jeśli któryś z tych winowajców dostąpił zbawienia, i jeśli któremuś z nich zostały darowane grzechy, łącznie z niewyobrażalnym grzechem bogobójstwa, to stało się to dzięki tej modlitwie Chrystusa, dzięki pierwszym, wypowiedzianym przez Niego z krzyża słowom – „Przebacz im bo nie wiedzą, co czynią!”.

            „Jeden ze złoczyńców, których tam powieszono urągał mu, mówiąc: <<Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas>>. Lecz drugi karcąc go, rzekł: <<Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz. My przecież sprawiedliwie odbieramy karę za nasze uczynki, On nic złego nie uczynił>>. I dodał: <<Jezus wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swojego królestwa>>. Jezus mu odpowiedział: <<Zaprawdę powiadam ci: Dziś ze mną będziesz w raju>>".

            Skazaniec, który wisiał po lewej stronie z całą pewnością nie był lepszy od tego, który umierał po prawej ręce Zbawiciela. Być może ów, dobry łotr, jak się go zwie potocznie, zabił w życiu człowieka, może nawet nie jednego, może hańbił kobiety, okradał ludzi, dopuszczał się największych łajdactw i zbrodni. Być może nigdy wcześniej się nie modlił i słowa: „Wspomnij na mnie, gdy wejdziesz do swojego królestwa” były zarazem jego pierwszą i ostatnią modlitwą. Poprosił tylko raz, tylko jeden raz poprosił o miłosierdzie Chrystusa i tym sposobem dokonał największej kradzieży w swoim życiu, rzec by można dokonał „zbrodni doskonałej” – ponieważ skradł Bogu życie wieczne, skradł Bogu wieczną szczęśliwość. Oto tajemnica Bożego miłosierdzia! Tajemnica nieskończonej, ukrzyżowanej miłości, która nawet największym grzesznikom wołającym o litość w imię Jezusa otwiera szeroko na oścież bramy nieba.
Z Ewangelii według św. Jana:

            „Obok krzyża Jezusa stały Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria żona Kleofasa i Maria Magdalena. Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę swoją i ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: <<Oto syn Twój>>. Następnie rzekł do ucznia: <<Oto Matka Twoja>>.

            Kto jest moją matką? – pytał kiedyś Jezus otaczające Go tłumy. Objawił tym samym wielką tajemnicę międzyludzkich relacji w Nim samym, objawił, że bycie bratem i siostrą, ojcem, matką i dzieckiem nie zależy od czysto biologicznych związków, od pokrewieństwa krwi i wspólnego nazwiska w dowodzie tożsamości, ale zależy ono od zjednoczenia w wierzących w Bogu, od zjednoczenia wiernych w Jego łasce, która najpełniej realizuję się w Jego Kościele. Maryja pod krzyżem została dana rodzącemu się Kościołowi jako Matka i Opiekunka. Jako Pośredniczka i Pocieszycielka. Tam właśnie, podobnie jak w chwili Zwiastowania Maryja wypowiedziała swoje drugie „Fiat” „Niech mi się stanie według słowa Twego” i przyjęła pod krzyżem każdego z nas jako swoje własne dziecko. W tym szczególnym momencie, na kilka chwil przed śmiercią Jezusa zostaliśmy obdarowani wielkim darem duchowego macierzyństwa Maryi, Matki Boga i Matki każdego z wierzących. Ci zaś, którzy stali tam by usłyszeć choćby jedno przekleństwo, choćby jedno bluźnierstwo Zbawiciela ponownie byli bardzo zawiedzeni, ponieważ zamiast tego usłyszeli słowa pełne miłości, słowa troski o rodzący się w bólach chrystusowego konania Kościół.
Z Ewangelii według św. Marka:

„Od godziny szóstej mrok ogarnął całą ziemię, aż do godziny dziewiątej. Około godziny dziewiątej Jezus zawołał donośnym głosem: <<Boże mój, Boże mój czemuś mnie opuścił>>.

Człowiek odrzucił Boga. I ciemności, które zaległy w tej chwili nad ziemią były tego odrzucenia widzialnym znakiem i dowodem. Człowiek odwrócił się od Boga, odwrócił się od Jego nauki, odwrócił się od Jego miłości i łaski. Pogrążył się w samotności i ciemności duchowej nocy. Żadnego światła, żadnej wskazówki, co robić, żadnego drogowskazu dokąd pójść, do kogo zwrócić się z pytaniami i wątpliwościami. Ciemności, które wówczas zaległy nad całą ziemią były ciemnościami ludzkiej duszy każdego ateisty, sceptyka, pesymisty i grzesznika. Ile razy popełniamy grzech, ile razy odwracamy się od Jezusa, zanurzamy się w tej ciemności, która zaległa nad ziemią w chwili kiedy Bóg i Jego miłość zostały w tak brutalny sposób odrzucone przez ludzi.
Piąte słowo: „Pragnę!”
To fizyczne pragnienie wody przez Zbawiciela, pragnienie napoju zostało proroczo przewidziane na wiele wieków wcześniej przez autora psalmu 21-ego, który pisał: „Moje gardło suche jak skorupa, język mój przywiera do podniebienia, kładziesz mnie w prochu śmierci”.
Mimo tego strasznego pragnienia Jezus nie chciał pić napoju, który został Mu podany. Nie chciał ponieważ bardziej niż wody pragnął zbawienia naszych dusz, pragnął dopełnić dzieło, które rozpoczął w chwili swego Narodzenia. Wszystko zostało podporządkowane temu dziełu. Całe Jego życie. Dzieciństwo, głoszenie Ewangelii, powołanie Apostołów, każdy znak i każdy cud, każde spotkanie z człowiekiem, Wszystko. Łącznie z pragnieniem wysuszonego jak skorupa gardła.
Niektórzy ludzie gotowi są poświęcić wszystko, naprawdę wszystko: swe rodziny, dobre imię, swoje ciało byleby tylko zaspokoić pragnienie: pieniędzy, sławy, władzy, poważania u innych, cielesnych namiętności. Jezus natomiast na krzyżu bardziej niż wody, bardziej niż tej chwili ulgi w i tak kończącej się męce pragnął mojej i twojej duszy, mojego i twojego serca, mojej i twojej miłości, mojego i twojego zbawienia.
„Wykonało się!”
            Tylko trzy razy jak podaje Pismo Święte Bóg użył tego słowa, aby opisać uczynione przez Siebie dzieło. Pierwszy raz w Księdze rodzaju, aby oddać doskonałość swojego stworzenia. „A Bóg widział, że wszystko co uczynił, czego dokonał, było bardzo dobre”. Drugim razem użył tego słowa w Księdze Apokalipsy, kiedy zapowiedział, że całe pierwsze stworzenie przeminie, że ono się skonsumuje, jak pięknie powie przekład łaciński, i nastanie wówczas nowe niebo i nowa ziemia. Pomiędzy tymi dwiema skrajnymi rzeczywistościami dokonania dzieła na początku i przy końca świata jest jeszcze jedno „wykonało się” – to szóste słowo umierającego na krzyżu Jezusa. To On dokonał dzieła pojednania nieba i ziemi, wykonał powierzoną sobie misję pokonania grzechu i śmierci oraz obdarowania życiem wiecznym tych, którzy zechcą przyjąć Jego miłość. 
            Ostatnie słowo: „Ojcze w Twoje ręce powierzam Ducha mojego”.
            Zdanie to nie zostało wyszeptane, wypowiedziane słabo i niewyraźnie, ale jak podają wszyscy Ewangeliści Jezus wykrzyczał je „wielkim głosem”, ponieważ to nie Śmierć odebrała mu życie, ale On sam oddał je dobrowolnie. Odszedł, umarł na krzyżu, ale jako wódz zwycięski ruszył na spotkanie śmierci, aby zadać jej ostateczną porażkę. Jezus nie umarł z wyczerpania, z upływu krwi, czy uduszenia, ale z własnej woli. Sam przecież powiedział:

„Dlatego miłuje Mnie Ojciec, bo ja życie moje oddaję, abym je potem mógł odzyskać. Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję. Mam moc je oddać i mam moc je znów odzyskać. Taki nakaz otrzymałem od Ojca”.
           
Oto słowa Pańskie. Oto znak, którym Jezus przypieczętował swoją misję. Siedem słów, z których każde bierze swój początek i znajduje swoje dopełnienie w Jego nieskończonej ku nam miłości.

Homilia pasyjna wygłoszona podczas nabożeństwa Gorzkich Żali w Obrazowie, dnia 17 marca 2013 r.