piątek, 15 czerwca 2012

Dwa trzęsienia ziemi, czyli myśl o obowiązującej w mediach poprawności obyczajowej

Jeszcze do przedwczoraj najważniejszą wiadomością powtarzaną nieustannie przez wszystkie włoskie media była informacja o tragicznym w swych skutkach trzęsieniu ziemi, które przed ponad trzema tygodniami dotknęło swą niszczącą siłą pogranicze dwóch północnych prowincji kraju – Reggio Emilia i Modena. Nazajutrz po kataklizmie, podano wstępne szacunki dotyczące liczby ofiar i rannych, poniesionych strat materialnych oraz mocy najsilniejszego ze wstrząsów, który według włoskich sejsmologów wyniósł 5,9 stopni w skali Richtera. Okazało się jednak, że w całym tragicznym bilansie katastrofy ta ostatnia informacja była … niezwykle pomyślna dla tutejszego rządu. Dlaczego? Otóż według obowiązującego we Włoszech prawa w przypadku trzęsienia ziemi przekraczającego sześć stopni na barki budżetu państwa spada obowiązek całkowitego pokrycia szkód w dotkniętym żywiołem regionie. W dobie ekonomicznego kryzysu owa 0,1 stopnia to coś znacznie więcej niż przysłowiowe szczęście w nieszczęściu.
Jednak od wczorajszego popołudnia obrazy zniszczonych budynków, wyludnionych ulic, koczujących pod namiotami ludzi, ba nawet najświeższe wieści z polsko-ukraińskiego championatu zastąpiła informacja stokroć przewyższająca swą siłą rażenia wszystkie razem, trwające po dziś dzień, wstrząsy.
Cóż się takiego stało? Jakiś konflikt pomiędzy piłkarzami? Nowy skandal w Watykanie? Ujawniono kolejne ″wyczyny″ byłego premiera Berlusconiego? Nic z tych rzeczy! Jeszcze gorzej!!! Otóż podczas przedmeczowej konferencji prasowej napastnik niebieskich Antonio Cassano, pół żartem pół serio, ośmielił się powiedzieć, że jego zdaniem ″w ich drużynie narodowej … nie ma żadnego homoseksualisty!″.
W eterze i cyberprzestrzeni zawrzało! Jak to nie ma? Jak on śmiał? Przecież wiadomo, ″że około 20% ludzkiej populacji to homoseksualiści, z czego jedynie połowa z nich zdaje sobie z tego sprawę″. Jakże więc miałoby ich zabraknąć we włoskiej ekipie? Nawet jak o tym nie wiedzą, to z pewnością nimi są! Ba, może nawet i sam Cassano…
Na tym jednak nie koniec tych bulwersujących informacji. Gdyby bowiem słowa te padły z ust katolika, no choćby chrześcijanina, medialny świat sprawdzonymi metodami umiałby skanalizować jedynie słuszne w takich przypadkach oburzenie i zrzucić całą winę za ten niewybaczalny postępek na barki nietolerancji, rasizmu, ksenofobii i faszyzmu: papieża, Kościoła oraz wiernych (koniecznie w tej kolejności). Ale zdanie to wypowiedział zadeklarowany ateista, człowiek, który nie czyni znaku krzyża ilekroć wchodzi na boisko i nie podnosi rąk w modlitewnym geście kiedy strzela gola. Skandal, skandal, skandal – po trzykroć skandal !!!
Na nic zdały się oficjalne przeprosiny. Na nic słowa, że piłkarz nikogo nie chciał obrazić, i że mówił tylko to, co myśli. Telewizja we wszystkich kanałach, radio na wszystkich częstotliwościach, prasa każdą wielkością drukarskiej czcionki ubolewają, przepraszają, współczują, wpadając w absurd obowiązującego dziś powszechnie obyczajowego savoir-vivru.
Savoir-vivre. Na czym on polega? Zasady dobrego zachowywania się we współczesnym świecie są niezwykle proste. Nie wolno mówić inaczej niż media. Nie wolno jest nawet myśleć inaczej niż one, gdyż jak mawia klasyk: ″już samo myślenie jest zbrodnią″. Nie można mieć co do pewnych kwestii żadnych wątpliwości, rzecz jasna w imię równości i wolności, a tym, którzy ośmieliliby się nawet nie zakwestionować, nawet nie podważyć, ale jedynie zażartować z pewnych tematów, tak jak to miało miejsce w przypadku Cassano, trzeba stanowczo przypomnieć kto we współczesnym świecie pełni funkcję magistra elegantiarum. I dodam, że należy to zrobić za każdym razem i za wszelką cenę, nawet kosztem dotkniętych trzęsieniem ziemi współobywateli.
Kończę informacją, którą dosłownie przed chwilą udało mi się znaleźć w internecie. Według Seismological Society of America i Swiss Seismological Service [SED] siła najsilniejszego z wstrząsów, które w nocy z 19/20 maja dotknęła północne Włochy wyniosła 6,1 stopni w skali Richtera. Póki co w telewizji nie pojawił się na temat rozbieżności w pomiarach żaden reportaż. Żadna gazeta nie zainteresowała się tym tak ważnym wątkiem dla żyjących pod gołym niebem ludzi. No ale jeśli ma się takie tematy jak ten z Cassano, nie można mówić i pisać o wszystkim.
Speculum Iustitiae – ora pro nobis!

środa, 6 czerwca 2012

″Hoc est enim Corpus Meum″, czyli myśl o rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystii


″Dogmat dan jest do wierzenia, że się w Ciało chleb przemienia, wino zaś w najświętszą Krew. 
Gdzie zmysł darmo dojść się stara serca żywa krzepi wiara porządkowi rzeczy wbrew″.
(Św. Tomasz z Akwinu, Sekwencja Lauda, Sion, Salvatorem)

Od czasów Apostołów Kościół otacza największą czcią, zgłębia w teologicznym studium i przekazuje kolejnym pokoleniom wiernych naukę według której:

″Pan Jezus tej nocy, której był wydany, wziął chleb i dzięki uczyniwszy połamał go i rzekł: «Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje, które za was będzie wydane. To czyńcie na moją pamiątkę». Podobnie, po wieczerzy wziął kielich, mówiąc: «Ten kielich jest Nowym Przymierzem we Krwi mojej. To czyńcie, ilekroć pić będziecie na moją pamiątkę». Ile razy bowiem ten chleb spożywać, a kielich pić będziecie, śmierć Pańską będziecie zwiastować, aż przyjdzie. Tak więc ktokolwiek spożywałby ten chleb albo pił z Pańskiego kielicha niegodnie, winien będzie Jego Ciała i Krwi″. Św. Paweł z Tarsu, (+ ok. 67 r.).

″Eucharystia jest Ciałem naszego Zbawiciela Jezusa Chrystusa, tym samym, które cierpiało za nasze grzechy, i które zostało wskrzeszone z martwych dzięki dobroci Ojca″. Św. Ignacy Antiocheński (+ ok. 107).

″Eucharystia nie jest bowiem zwykłym chlebem i zwykłym napojem. Tak bowiem, jak mocą bożego słowa Jezus Chrystus, nasz Zbawiciel, wcielając się przyjął Ciało i Krew dla naszego zbawienia, tak również i pokarm konsekrowany mocą słów modlitwy ustanowionej przez Niego (…) jest Ciałem i Krwią Chrystusa, który przyjął ludzkie ciało″. Św. Justyn Męczennik (+ ok. 165).

″Kto w rzeczywistości jest większym kapłanem od naszego Pana Jezusa Chrystusa, który Bogu Ojcu złożył w ofierze dokładnie to, co Melchizedek, chleb i wino, czyli rzecz jasna, swoje Ciało i swoją Krew?″. Św. Cyprian Męczennik (+ 258).

″Połamał chleb swymi rękami jako sakrament ofiary swojego Ciała i napełnił kielich sakramentu ofiary swoją Krwią″. Św. Efrem Syryjczyk (+ 373).

         ″[Chrystus] ofiaruje samego siebie za nas, składa się w ofierze, będąc jednocześnie Kapłanem i Bożym Barankiem, który gładzi grzechy świata. Kiedy On tego dokonał? Uczynił to wówczas, kiedy dał swoim uczniom swoje Ciało i Krew do spożycia″. Św. Grzegorz z Nysy (+ 394).

         ″To nie człowiek sprawia, że dary złożone na ołtarzu stają się Ciałem i Krwią Chrystusa, ale to sam Chrystus, który został za nas ukrzyżowany″. Św. Jan Złotousty (+ 407).

         ″Poprzez ustanowienie sakramentu swojego Ciała i Krwi Chrystus pouczył uczniów, którzy razem z Nim spożywali wieczerzę (…) jaka ofiara powinna być składana Bogu″. Św. Leon Wielki, papież (+ 461).

         ″Wszystko, co dokonuje się w tej ofierze Ciała i Krwi jest misterium. Rzeczywiście inną rzecz się widzi, a inną się przyjmuje. (…) A zatem ofiara chleba i wina jest wspomnieniem i zarazem głoszeniem śmierci Zbawiciela″. bp Hinkmar z Reims (+ 882).

         ″Wierzę całym sercem i wyznaję moimi ustami, że chleb i wino, które są złożone na ołtarzu, mocą misterium, świętej modlitwy i słów naszego Odkupiciela, zostają przekształcone substancjalnie w żywe, prawdziwe i dające życie Ciało i Krew naszego Pana Jezusa Chrystusa, i że po słowach konsekracji chleb jest prawdziwym Ciałem Chrystusa, który narodził się z Dziewicy Maryi, który dla zbawienia świata został przybity do krzyża, i który zasiada po prawicy Ojca oraz że wino jest prawdziwą Krwią Chrystusa, która wypłynęła z Jego boku. (…)″. Wyznanie wiary Synodu Rzymskiego przedstawione Berengariuszowi z Tours (1079).

         ″Jeden jest przeto Kościół, poza którym nikt nie może być zbawiony, w którym też Jezus Chrystus jest kapłanem i jednocześnie ofiarą, a którego Ciało i Krew są prawdziwie zawarte w sakramencie ołtarza pod postaciami chleba i wina po przeistoczeniu (transsubstancjacji) mocą Bożą, chleba w Ciało i wina w Krew″. Sobór Laterański IV (1215).

         ″Doszło do Naszych uszu, twoje twierdzenie, że jakoby najświętsze Ciało naszego Pana Jezusa Chrystusa nie jest rzeczywiście obecne na ołtarzu, ale że chleb konsekrowany jest jedynie jego znakiem. (…). Ta opinia rozeszła się i kiedy dotarła do Nas nie mało nas zgorszyła. Nie możemy w to uwierzyć, że śmiałeś wypowiedzieć słowa, które wyrażają jawną herezję i odrzucają prawdę o tym sakramencie″. Klemensa IV, papież do abp. Maurino z Narbony (+ ok. 1250).

         ″Tu wszystko przemienia się całkowicie, ponieważ chleb staje się Ciałem Chrystusa i każda z poszczególnych jego części przemienia się w taki sposób, że materia chleba staje się materią Ciała Chrystusa i forma substancjalna chleba staje się formą Ciała Chrystusa″. Św. Tomasz z Akwinu (+ 1274)

         ″Formą tego sakramentu są słowa Zbawiciela, którymi osobiście ustanowił ten sakrament, kapłan natomiast wypowiadając te słowa sprawuje go w osobie Chrystusa. A zatem mocą tychże słów substancja chleba przemienia się w Ciało Chrystusa, a substancja wina w Jego Krew, tak jednak, że Chrystus jest obecny cały pod postacią chleba i cały pod postacią wina″. Sobór Florencki (1438-1445).

         ″Gdyby ktoś twierdził, że w Najświętszym Sakramencie Eucharystii pozostaje substancja chleba i wina wraz z Ciałem i Krwią Pana naszego Jezusa Chrystusa, i przeczył tej przedziwnej i jedynej w swoim rodzaju przemianie całej substancji chleba w Ciało i całej substancji wina w Krew, z zachowaniem jedynie postaci chleba i wina, przemianie, którą Kościół katolicki bardzo trafnie nazywa przeistoczeniem – niech będzie wyklęty!″ Sobór Trydencki (1545-1563).

         ″Nie istnieje zatem nic większego, nic bardziej godnego czci, nic bardziej świętego, nic bardziej boskiego od ofiary Mszy Świętej, podczas której, przez posługę kapłanów, są ofiarowane i złożone Bogu w ofierze za zbawienie całego świata, to samo Ciało i ta sama Krew, ten sam Bóg i Pan nasz Jezus Chrystus″. Bł. Pius IX, papież (+ 1878).

         ″Mocą słów konsekracji uobecnia się pod postacią chleba jedynie Ciało, a pod postacią wina jedynie Krew Zbawiciela, jakkolwiek przez naturalną współobecność i unię hipostatyczną pod każdą z postaci jest obecny żywy i prawdziwy Jezus Chrystus″. Św. Piusa X, papież (+ 1914)

         ″Wierzymy, że tak jak chleb i wino konsekrowane przez Pana podczas Ostatniej Wieczerzy zostały przemienione w jego Ciało i jego Krew, które wkrótce później miały zostać ofiarowane za nas na krzyżu, w identyczny sposób chleb i wino konsekrowane przez kapłana przemieniają się w Ciało i Krew Chrystusa, który jest teraz chwalebnie wywyższony w niebie″. Paweł VI, papież (+ 1978)

         ″W tym to sakramencie, rzeczywiście odnawia się ciągle z woli Chrystusa, misterium tej ofiary, którą On sam złożył Bogu Ojcu z samego Siebie na ołtarzu krzyża″. Bł. Jan Paweł II, papież (+ 2005).

         ″[Podczas Ostatniej Wieczerzy Chrystus] antycypował swoją śmierć i zmartwychwstanie dając swym uczniom w chlebie i winie samego Siebie, swoje Ciało i swoją Krew jako nową mannę″. Benedykt XVI, papież.

″Dusz Pasterzu, prawy Chlebie, dobry Jezu, prosim Ciebie, Ty nas paś i broń w potrzebie, 
Ty nam dobra okaż w niebie, kędy jest żyjących kraj.
Moc Twa Panie, wszystko zdoła: tu nas karmisz z Twego stoła, 
tam gdzie uczta trwa wesoła, w gronie niebian nasze czoła na Twe łono skłonić daj! Amen. Alleluja!″.

Fides Ecclesiae semper idem.
W przeddzień Uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej
Mater Redemptoris – ora pro nobis!

poniedziałek, 28 maja 2012

Co się stało z oktawą Zesłania Ducha Świętego?, czyli kolejne pięć groszy do Reformy reformy liturgicznej

       Myśl tę zacznę od historii, którą słyszałem na własne uszy od dwóch, jak dla mnie niekwestionowanych autorytetów w dziedzinie liturgii oraz wiarygodnych świadków najnowszej historii Kościoła: byłego opata benedyktyńskiego klasztoru we francuskim Fontgambault - o. Antoine Forgeot i Alice von Hildebrand, żony jednego z największych katolickich filozofów XX w. - Dietricha von Hildebranda. Otóż, według ich opowieści, w 1970 r., tj. w pierwszym roku obowiązywania nowego kalendarza liturgicznego, następnego dnia po Uroczystości Zesłania Ducha Świętego, papież Paweł VI, po zejściu do zakrystii w Bazylice św. Piotra widząc przygotowany zielony ornat, w którym miał odprawiać Mszę Świętą zapytał: "Co się stało z oktawą Zesłania Ducha Świętego?", a usłyszawszy, że została ona zniesiona miał szczerze się rozpłakać. Jeśli tak rzeczywiście było, w co osobiście z przedstawionych powyżej powodów nie wątpię, to w związku z tym wydarzeniem co najmniej dwa pytania nasuwają się same. Pierwsze z nich dotyczy okoliczności samych reform, a minowicie: "Jak to się stało, że papież nic o tym wcześniej nie wiedział?", a drugie, powodów, dla których jedno z najważniejszych świąt całego roku liturgicznego zostało pozbawione tego szczególnego czasu.
      Gdzie tkwi problem? Nieraz zdarzało się przecież, że decyzjami papieży pewne święta, wspomnienia i wigilie były na przestrzeni wieków ustanawiane, znoszone i przesuwane. Dlaczego z oktawą Zesłania Ducha Świętego miałoby być inaczej? Aby odpowiedzieć na to pytanie musimy zastanowić się nad naturą liturgii i pomedytować przez chwilę o tajemnicy Trójcy Przenajświętszej.
      Ortodoksja. To pochodzące z języka greckiego słowo, którego używamy dziś prawie wyłącznie jako synonim rzeczownika "prawowierność" w swym pierwotnym znaczeniu odnosi się w sposób bezpośredni nie tyle do wiary, co do liturgii. Ortodoksyjnym jest ten, kto w sposób właściwy, słuszny (gr. orthos) oddaje Bogu chwałę i cześć (gr. doxa). Nie chodzi tu jedynie o przypisany ksiągami liturgicznymi sposób zachowywania się przy ołtarzu, nie tylko o same teologiczne teksty modlitw używanych przez celebransa, o ich najściślejszą zgodność z treściami depozytu wiary (lex orandi, lex credendi), ale również o wynikającą z historii zbawienia doniosłość poszczególnych liturgicznych dni, które na przetrzeni wieków zostały ułożone przez Kościół w pewną hierarchię: uroczystości, świąt, wspomnień, ferii, wigilii i oktaw. Ta hierarchia jest również wyrazem katolickiej wiary.
       Trójca Przenajświętsza. Z punktu widzenia teologii, nie ma żadnej różnicy pomiędzy poszczególnymi Osobami Ojca i Syna i Ducha Świętego i jakikolwiek element subordynacjonizmu (tj. mówienia o wyższości jednej Osoby nad drugą) jest ni mniej, ni więcej herezją. Pięknie tę prawdę wyraża prefacja mszalna, która opisując tajemnicę Boga Trójjedynego mówi o niej w taki oto sposób:
       "Ty [Ojcze] z Jednorodzonym Synem Twoim i Duchem Świętym jednym jesteś Bogiem, jednym jesteś Panem, nie w jedności jednej osoby, lecz w jednej istocie Trójcy. W co bowiem z objawienia Twojego wierzymy o Twej chwale, to samo utrzymujemy bez żadnej różnicy o Twoim Synu i Duchu Świętym. Tak, iż wyznając prawdziwe i wiekuiste Bóstwo wielbimy odrębność Osób, jedność w istocie i równość w majestacie. Majestat ten chwalą Aniołowie i Archaniołowie, Cherubini i Serafini, którzy nie przestają wołać codziennie jednym głosem powtarzając".
       Jak więc się to stało, że objawieniu się drugiej Osoby Trójcy Przenajświętszej, czyli Synowi Bożemu (Uroczystość Narodzenia Pańskiego), w zreformowanym kalendarzu przysługuje cała oktawa, a objawieniu się Trzeciej Osoby, Duchowi Świętemu, jedynie jeden dzień? Gdzie się podział liturgiczny wyraz owej "równości w majestacie" i należnej chwały, która przysługuje wszystkim Osobom "bez żadnej różnicy"? Teologia nie pozstawia nam tu zbyt wielkiego pola do manewru, więc aby nie wprowadzać nawet namiastki subordynacjonizmu pomiędzy Synem, a Duchem Świętym trzeba było albo znieść obie oktawy, albo je obie pozostawić.
       Liturgia jest rzeczywistością świętą, czyli wydzieloną z tego świata, albo mówiąc dokładniej, należącą do innej, nie-ludzkiej rzeczywistości. Jak widzimy ta świętość przenika nie tylko słowa i gesty celebracji, ale również dosięga układu liturgicznego roku - uobecnień (re-prezentacji) zbawczych dzieł Boga. Stąd też ten "porządek liturgicznego czasu" nie może być czymś przypadkowym, czymś wymyślonym na prędce, gdyż i on, w samej swej istocie jest częścią depozytu wiary.
Vas spirituale - ora pro nobis!
W Oktawie Zesłania Ducha Świętego.

piątek, 25 maja 2012

O zesłaniu Ducha Świętego, czyli myśl szeroko uśmiechnięta

        Na kilka godzin przed zesłaniem Ducha Świętego Apostołowie wraz z Matką Jezusa przebywali w Wieczerniku. Maryja, widząc zasmucone twarze osieroconych przez swego Syna uczniów zaraz zmobilizowała ich do modlitwy. Siedzieli więc razem odmawiając różaniec. Tajemnice radosne, jak mniemam, gdyż Zmartwywchwstanie Pana pozwoliło im zapomnieć o bolesnych, a wszystkich chwalebnych natenczas jeszcze nie znali. Spośród Apostołów tylko jeden nie mógł skupić się na modlitwie. Niby ruszał wargami, niby przeplatał w palcach zdrowaśki, ale myśli niosły go hen daleko. Był to św. Piotr, ten sam, którego Zbawiciel wybrał na pierwszego papieża. Zastanawiał się on i ni jak nie mógł pojąć, co też Pan Jezus miał na myśli, kiedy mówił, że gdy odejdzie z tego świata pośle Apostołom Ducha Świętego? Piotr pytał sam siebie: Kim jest ten Duchy Święty? Jak On wygląda? Czy to człowiek? A jeśli tak, to czy jest podobny do Pana Jezusa? Nie dawało mu to spokoju. Postanowił więc kogoś się poradzić.
          Pierwszą osobą, która przyszła mu do głowy była Maryja – Matka Boża. Piotr spojrzał na Nią i po chwili ... zmienił zdanie. Co też Ona może wiedzieć o Duchu Świętym? - mruknął pod nosem - Ona umie się tylko modlić, całe Jej życie to jedna wielka modlitwa. Lepiej będziej jeśli zapytam się kogoś innego. Rozejrzał się po sali i dostrzegł w rogu św. Mateusza. Tak - kiwał głową - umysł ścisły i ekonomista. On mi na pewno wszystko dokładnie wyjaśni. 
       Gdy ten tylko usłyszał pytanie Piotra spojrzał się na niego spod czoła i zniesmaczony wycedził przez zęby: To ty, pierwszy papież, namiestnik Pana pytasz się mnie o takie rzeczy? Piotrze! Skało! Fundamencie Kościoła! Stróżu depozytu wiary! Jak słuchałeś Jezusowych słów? Wiesz, co zrobię abyś nie zapomniał o tym, co ci Zbawiciel powiedział pod Cezareą Filipową? Opiszę tę historię w Ewangelii, nad którą właśnie zaczynam pracować.
Przykro się zrobiło Piotrowi. Błądził wzrokiem po twarzach Apostołów, myśląc kogo by się tu jeszcze zapytać o Ducha Świętego? Mam! Już wiem – zawołał – przecież jest św. Jan, umiłowany uczeń Pana. Młodziak wprawdzie i wąs mu się jeszcze nie puścił, ale głowę to on ma na karku, że hohoho. Jan słysząc piotrowe pytanie uśmiechnął się i mówi do niego w te słowa:
Przecież to takie proste. Jednorodzony, przedwieczny Logos, który równy jest we wszystkim Ojcu, i który był na początku u Ojca i przez którego wszystko się stało, a nie muszę ci chyba dodawać, że bez Niego nic by się nie stało co się stało, obiecał nam, że jak wstąpi do nieba i zasiądzie po prawicy Ojca przyśle Swego Parakleta, który wszystko nam objaśni. Paraklet bowiem jest Duchem prawdy, a dopiero prawda będzie nas mogła wyzwolić.
Św. Piotr szeroko otworzył oczy. Przemądrzały smarkacz - pomyślał. Kiwnął kilka razy głową na takie dictum i lekko ironizującym tonem powiedział: Rzeczywiście interesujące. Zapisz to gdzieś. Tylko dodaj do tego jakiś obszerniejszy komentarz, może ktoś to kiedyś zrozumie, ale przypuszczam, że nieprędko.
Usiadł biedny Piotr na taborecie. Płakać mu się zachciało. Pan Jezus kazał nam głosić Ewangelię wszelkiemu stworzeniu - mruczał kręcąc głową - a my wszyscy, którzy słuchaliśmy Jego nauk, którzy widzieliśmy Jego cuda, Jego Zmartwychwstanie siedzimy przestraszeni w Wieczerniku. Upadł na kolana i we łzach zaczął się modlić.
Wtem, zrobiło mu się tak jakoś dziwnie ciepło. Patrzy, a nad głowami wszystkich pojawiły się ogniste języki. Ni stąd, ni z zowąd dmuchnął silnie wiatr. Już miał Piotr krzyczeć do Tomasza niedowiarka, że mu się włosy palą, gdy Jakub Starszy, zerwawszy się na równe nogi, zawołał do niego: Piotrze, ale Ci się z głowy dymi!!! Po chwili wszystko ustało. Piotr jednak spostrzegł, że niczego się nie boi. Zastanowił się teraz nad tym, kim jest Duch Święty i wszystko zrozumiał bez pytania kogokolwiek. Wiedział już, że Duch Święty to Duch miłości, Duch, który daje mądrość, który uszlachetnia ludzi do złożenia świadectwa prawdzie, że to właśnie On uczy prawdziwej miłości, nie pozwala, by w człowieku upadła nadzieja i strzeże w nim prawdziwej wiary. W chwilę potem, pchnięty jakąś nieludzką siłą, stanął u drzwi Wieczernika i szeroko je otworzył. W te pędy pobiegł na jerozolimski rynek i zaczął na nim głosić we wszystkich językach świata, że to Jezus z Nazaretu jest obiecanym Mesjaszem, że to On z miłości dla nas umarł na krzyżu, i że trzeciego dnia zmartwychwstał. W ślad za nim na miasto ruszyli inni uczniowie. W Wieczerniku zaś została tylko Najświętsza Maryja Panna, która biorąc do ręki swój stary różaniec spojrzała w niebo i wyszeptała: Oj Synku, teraz to dopiero potrzebna im będzie modlitwa. 
W takich to właśnie okolicznościach narodził się Kościół. Tak rozpoczęło się głoszenie Ewangelii. A stało się to wszystko za sprawą Ducha Świętego, który w dniu Pięćdziesiątnicy zstąpił na Apostołów.
 Vas spirituale - ora pro nobis!

piątek, 18 maja 2012

O kryzysie w Kościele i wierności Ojcu Świętemu, czyli myśl ku rozwadze polskich katolików

     "Czy gdyby Chrystus przyszedł dziś znowu na świat, po dwudziestu wiekach, odnalazłby się w naszym Kościele? Co zrobiliśmy z Jego nauką, z Jego przesłaniem? Trzeba to jasno powiedzieć, zamieniliśmy Jezusową Ewangelię na dokumenty Kongregacji Doktryny Wiary". Nie dalej, jak kilkanaście dni temu z takimi oto słowami zwrócił się do wiernych pewien znany mi włoski ksiądz. Kiedy przekonałem się o tym, że to nie był żart, ani żadna retoryczna figura przyznam się Wam szczerze, że zaniemówiłem.
       Czy zastanawiliście się nad tym, skąd bierze się ten sposób myślenia o Kościele? Jak wkrada się do głów i serc ludzi, którzy do Niego należą? Z jakiego nasienia i korzenia wyrasta? Rozumiem tych, którzy Kościołem gardzą, którzy widzą w Nim zinstucjonalizowaną ostoję ciemnogrodu i zabobonu, zawalidrogę w procesie układania nowego porządku rzeczy i pełnej emancypacji człowieka. To oczywiste, że będzie im zależeć na osłabieniu Jego opiniotwórczej pozycji. Ale ni jak nie mogę pojąć tego typu zachowań u ludzi, którzy nazywają samych siebie: wiernymi, katolikami, ba, są nawet duchownymi.
       Patrząc na historię rozwoju idei, możemy przekonać się, że wszystkie prądy myślowe, które rodziły się na przestrzeni wieków w obrębie łacińskiej cywilizacji docierały do Polski z pewnym opóźnieniem. I tak, dla przykładu, wielu uczonych początki włoskiego Renesansu wiąże z osobą zmarłego w pierwszej ćwierci XIV w. Dante Alighieriego, podczas gdy polskie Odrodzenie przypada na wieki XVI i XVII. Prekursor europejskiego Romantyzmu, Goethe, pisze "Cierpienia młodego Wertera" w 1774 r., gdy jego polski odpowiednik - Adam Mickiewicz wydaje swe "Ballady i romanse" blisko pół wieku później, w roku 1822. Otóż biorąc pod uwagę tę dziejową prawidłowość, wydaje mi się, że jest nie tylko uzasadnionym, ale wręcz koniecznym postawienie pytania, czy aby w Polsce, już od jakiegoś czasu, nie jesteśmy świadkami procesu wkraczania do Kościoła różnych idei, które od lat z górą pięćdziesięciu, tu na Zachodzie, deformują wiarę i niszczą od wewnątrz katolickie wspólnoty? Czy, aby nie przyszedł i do nas - mówiąc kolokwialnie - kryzys posoborowy?
      "Kryzys posoborowy". Cóż to takiego? Gdyby chcieć go opisać tak, jak się opisuje jakąś chorobę, należałoby rozpocząć od pierwszego jego objawu jakim jest kontestacja boskich prerogatyw papieża, jego władzy i misji w Kościele oraz przedstawianie nauki Namiestnika Jezusa Chrystusa jako niewiążącej opinii jednego z wielu teologów. Duch lekceważania nauczycielskiego i pasterskiego głosu Następcy św. Piotra pociąga za sobą lawinę innych, tragicznych dla Kościoła zjawisk. Mam tu na myśli: odrzucenie części lub całości depozytu wiary, przejawiająca się w spadku liczby uczestniczących w niedzielnej Mszy Świętej i odejściu od Sakramentu Pokuty, laicyzacja wiernych, brak powołań kapłańskich i zakonnych przy jednocześnie wysokim odsetku odejść ze stanu duchownego, szerzące się świętokradcze celebracje liturgiczne oraz zeświedczenie osób duchownych widoczne między innymi w skandalach obyczajowych z ich udziałem.
      Ile tego typu zdarzeń ma już miejsce w polskim Kościele? Czy uprawnionym jest mówienie o istnieniu w nim kryzysu? Jeśli tak, to jaki będzie miał on dalszy przebieg? Czy powtórzą się u nas te same, "zachodnioeuropejskie" procesy, czy też przybierze on inną, bardziej specyficzną formę? Nie podejmuję się odpowiedzi na te zbyt trudne dla mnie pytania, pewien jednak jestem, że czas, który został nam dany, te kilkadziesiąt lat opatrznościowego opóźnienia otrzymaliśmy po to, aby odrobić dwie lekcje. Pierwsza z nich to lekcja historii, który uczy nas jak roztropnie oceniać sytuację, a w razie pojawienia się negatywnych zjawisk, jak mądrze reagować, aby uniknąć powtórzenia tych samych błędów, które przed laty zostały popełnione przez lokalne: niemieckie, francuskie, belgijskie, holenderskie, włoskie i amerykańskie kościoły. Druga lekcja jest znacznie prostsza, polega ona bowiem na uświadomieniu sobie ważności misji jaką Chrystus powierzył następcom św. Piotra. To właśnie od naszej postawy względem papieża, względem jego władzy i Magisterium zależy przyszłość Kościoła katolickiego w naszym kraju. Jeśli uda się nam dochować wierności Rzymowi, jestem o tym przekonany, nie dane nam będzie dzielić doświadczenia pustych kaplic, klasztorów i żłobków, nie dane nam będzie słuchać kazań o "zastępowaniu Ewangelii przez dokumenty rzymskich kongregacji". Skąd ta pewność? Przecież sam Chrystus obiecał, że bramy piekielne nie przemogą Kościoła, który jest zbudowany na piotrowej skale.
Mater Ecclesiae - ora pro nobis!