piątek, 18 października 2013

„Jan Paweł II - papież dialogu”. Konferencja wygłoszona podczas spotkania z uczniami i nauczycielami szkół im. Jana Pawła II w Sandomierzu w dniu 18 października 2013 r.

W głębi serca [człowiek] stale tęskni za absolutną prawdę i pragnie w pełni ją poznać, czego wymownym dowodem są niestrudzone poszukiwania, jakie prowadzi on na każdym polu i w każdej dziedzinie. Jeszcze dobitniej dowodzi tego jego poszukiwanie sensu życia” – Jan Paweł II, Encyklika Veritatis splendor

Drodzy uczniowie i nauczyciele!
Tematem, który chciałbym dziś podjąć jest rozwinięcie hasła tegorocznego Dnia papieskiego w naszym kraju, a mianowicie „Jan Paweł II – papież dialogu”.  Wiele mówiło się na ten temat ostatnimi czasy, nie dalej jak kilkanaście dni temu biskupi polscy skierowali do nas list opisując w nim m.in. zasady prawdziwego dialogu. Dziś chciałbym spojrzeć na posługę Jana Pawła II, jako uczestnika szeroko pojętej dyskusji w nieco szerszej perspektywie.
Mamy mówić o papieżu i dialogu – zastanówmy się więc wspólnie kim jest papież i co oznacza słowo dialog?
Wszyscy z pewnością wiedzą, że każdy prawowicie wybrany biskup Rzymu jest Namiestnikiem Jezusa Chrystusa i Następcą św. Piotra w misji powierzonej mu przez Zbawiciela. Misja ta w swoim najbardziej podstawowym przesłaniu polega na – po pierwsze, świadczeniu o historyczności osoby Jezusa Chrystusa i o tym wszystkim czego On dokonał dla naszego Zbawienia, czyli o tym, że „Bóg z Boga, światłości ze światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego” stał się człowiekiem rodząc się z Dziewicy Maryi, a następnie został zabity na krzyżu podczas panowania rzymskiego cesarza Tyberiusza, by na trzeci dzień powrócić ze śmierci do życia, dając tym samym świadectwo o prawdziwości tego, co mówił i czynił; i po drugie, misja ta polega na utwierdzaniu braci w wierze poprzez rządzenie powołanym do istnienia przez Chrystusa Kościołem. Mówiąc najprościej jak tylko się da: Papież jest po to, aby strzec czystości i ortodoksyjności chrześcijańskiej wiary, „bez której nikt nie może się Bogu podobać”, jak mówi autor listu do Hebrajczyków, „bez której nie można być zbawionym”, jak naucza ewangelista Marek, i aby skarb ten przekazać bez domieszki błędu kolejnym pokoleniom wiernym. Tylko tyle i aż tyle. Wszystkie inne zadania wykonywane przez papieża (dobroczynność, zaangażowanie na rzecz promocji kultury, spotkania z różnymi osobami, itd.) są podporządkowane tej właśnie misji – strzeżeniu i przekazywaniu prawdziwej wiary.
Każdy papież począwszy od św. Piotra aż do Franciszka w bożym planie zbawienia odgrywa więc rolę, mówiąc językiem biblijnym „niewzruszonej skały”, na której wznosi się Kościół, i na której to każdy wierzący może bez obaw popełnienia błędu wejść w relację z Trójjedynym Bogiem. Osoba papieża, z woli bożej, jest gwarantem dotarcia człowieka do pełni Prawdy przekazanej w bożym Objawieniu oraz do skutecznego korzystania z bożej łaski, którą Kościół otrzymał w sakramentach.
Terminem o wiele bardziej skomplikowanym znaczeniu jest słowo dialog. Słownik języka polskiego podaje, że dialog to „szereg rozmów, negocjacji i innych działań mających doprowadzić do porozumienia między stronami konfliktu”.
Ale o jakich stronach „konfliktu” możemy mówić w przypadku posługi papieskiej? Odpowiedzi na to pytanie należy szukać w misji zleconej przez Zbawiciela całemu Kościołowi, a mianowicie: „Idźcie i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu, udzielając im chrztu w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego”. Czyli z jednej strony „konfliktu” mamy do czynienia z tymi, którzy już Chrystusa poznali i starają się układać swoje życie wzorując się na Jego nauce, na Ewangelii, z drugiej zaś strony barykady stoją ci, którzy albo bezmyślnie Ewangelię porzucili, albo wprost z nią walczą.
Gdzie więc szukać płaszczyzny porozumienia pomiędzy zwaśnionymi stronami? Czy w ogóle możliwym jest podjęcie jakiegoś dialogu, porozumienia pomiędzy ludźmi wyznającymi różne wiary, lub posiadających różne światopoglądy? Czy nie jedynym możliwym wynikiem takiego dialogu jest przyjęcie katolickiej Prawdy, której papież jest, jak już to powiedzieliśmy z woli Bożej jedynym gwarantem? Jeśli tak, to po co w ogóle prowadzić jakiekolwiek dyskusje?
Otóż w nauczaniu Jana Pawła II takim miejscem spotkania, taką przestrzenią do prowadzenia dialogu była koncepcja obiektywnej prawdy. Pisząc we wstępie do Encykliki „Veritatis splendor” (Blask prawdy) papież bronił tej właśnie płaszczyzny ogólnoludzkiego spotkania przed relatywizmem i sceptycyzmem. Młodszym od razu tłumaczę, że relatywizm to pogląd filozoficzny, który opiera się na założeniu, że każdy może mieć swoją „prawdę”, i że wszystkie one są równie dobre. Relatywizm mówi, że powinniśmy kierować się swoim sumieniem niezależnie o tego, jak zostało ono ukształtowane. Dziś to może być dobre, a jutro tamto. Nic pewnego, żadnej trwałości. Sceptycyzm mówi natomiast, że nie ma co szukać Prawdy, ponieważ i tak jej się nie znajdzie.
Jan Paweł II broniąc i propagując w dialogu ze światem koncepcję obiektywnej prawdy zwracał uwagę na to, że jest ona dostępna absolutnie dla wszystkich ludzi niezależnie od wyznawanych przez nich religii, niezależnie od krajów z których pochodzą i kultur z których wyrastają. Płaszczyzna odkrywania prawdy, pisanej przez duże „P”  była dla papieża czymś niezwykle ważnym podczas wszystkich lat jego pontyfikatu. Tak właśnie rozumiał on swoją posługę. Dać każdemu człowiekowi szansę, aby dzięki spotkaniu z jedyną prawdziwą religią jaką jest katolicyzm każdy człowiek wierzący i niewierzący, katolik, prawosławny, protestant, żyd, muzułmanin i ateista przybliżył się do jedynej Prawdy, jaką jest Jezus Chrystus. Nawet jeśli ten człowiek nie potrafiłby nazwać rzeczywistości posługując się językiem Objawienia, nawet gdyby Boga utożsamiał z drzewem lub skałą, nawet gdyby był zupełnie zamknięty na transcendencję, wpisane w jego serce przez Stworzyciela dążenie do Prawdy, taką jaką ona jest, czyniło z tego człowieka w myśli Jana Pawła II partnera do konstruktywnej dyskusji.
W tym właśnie kontekście należy czytać dialog podejmowany przez Jana Pawła II przez wszystkie lata jego pontyfikatu. Przemówienia na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych, spotkania z politykami i przywódcami państw, spotkanie z przedstawicielami innych religii, odwiedziny synagog, ludźmi różnych kultury i świata sztuki, którzy nierzadko reprezentowali nawet wrogi względem chrześcijaństwa system wartości, te wszystkie wydarzenia bez tła bronionej przez Jana Pawła koncepcji obiektywnej Prawdy, są nie tylko niezrozumiałe, ale również podatne na wszelkiego typu manipulacje medialne, które przedstawiają Jana Pawła II, jako człowieka, który akceptował i to bez żadnego wyjątku wszelkie postawy moralne, filozoficzne oraz każde z ludzkich zachowań.
Niech więc postać patrona waszych szkół, błogosławionego, a już wkrótce św. Jana Pawła II, jego umiłowanie i niestrudzony zapał w głoszeniu prawdy, będą dla nas wzorami w podejmowaniu dialogu z ludźmi inaczej myślącymi, inaczej wierzącymi, czy niewierzącymi wcale, wiedząc, że mówiąc i świadcząc naszym życiem o istnieniu Prawdy, unikając wszelkiego z nią kompromisów, nie negocjując jej, ani nie ogłaszając za nieobowiązującą w naszych czasach, daje się tym ludziom szansę na spotkanie z Chrystusem, który sam o sobie powiedział, że jest „Drogą, Prawdą i Życiem”.
Sedes sapientiae - ora pro nobis!

czwartek, 19 września 2013

Myśli kilka na rok wiary, cz. II

"Wkrótce potem Jezus udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a szli z Nim Jego uczniowie i tłum wielki" (Łk 9,11)

Ewangelista Łukasz używa właśnie tego słowa "tłum". Możemy więc sobie wyobrazić owe tysięczne rzesze ludzi podążające za Zbawicielem. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że ów "tłum" przedstawia niezwykły obraz wspólnoty i przyjaźni łączącej ludzi i Jezusa. "Tłum" spędza z Nim całe dnie, słucha Jego słów, je z Nim i śpi pod gołym niebem, ale czy dociera do niego Dobra Nowina? Słuchają, ale czy słyszą Jego słowa? Czy rozumieją, jakie treści ma im do przekazania? Biorąc pod uwagę późniejsze koleje losów Zbawiciela, a mianowicie nieustanne spiski na Jego życie, odrzucenie Go przez własny naród i wreszcie śmierć na krzyżu, można być pewnym tego, że intencje, które przyświecały idącym za Nim ludziom nie zawsze były szczere i niekoniecznie wynikały z wiary.
Przyjrzyjmy się bliżej tym intencjom. Pomiędzy tysiącami ludzi idącymi za Zbawicielem z pewnością byli tacy, którzy traktowali Jezusa jak jakiegoś mędrca, jak ciekawie przemawiającego filozofa. Widzieli w Nim osobę, która ma pewną wizję świata, człowieka i relacji międzyludzkich. Słuchali Go, choć z pewnością wszystkiego nie rozumieli. No bo któż o zdrowych zmysłach mając przy sobie dziewięćdziesiąt dziewięć owiec zostawiłby je na pustyni, a poszedłby za jedną, która zaginęła? Kto na serio traktowałby naukę według której "więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu"? Kto z miłości nadstawiałby drugi policzek osobie, która go bije? Finezja absurdów. Ewangelia była więc dla tych ludzi jedynie jakąś filozofią życia, a Jezus interesował ich jedynie na poziomie intelektualnym.
Co do tego nie można mieć żadnych wątpliwości, że w "tłumie" idącym za Zbawicielem byli i tacy, którzy chcieli jedynie najeść i napić się do syta. Ci zupełnie nie byli zainteresowani Jego nauką. Ciekawiło ich natomiast to, kiedy następnym razem Jezus dokona rozmnożenia chleba albo kiedy zamieni wodę w wino. Tacy, nie byli zupełnie zainteresowani ani wiarą, ani nadprzyrodzonością.
Trzecią grupę w "tłumie" stanowili żydowscy politycy. Ci z kolei słuchali uważnie słów Chrystusa, ale jedynie po to, aby zmanipulować ich znaczenie i wykorzystać Ewangelię do poderwania ludu przeciwko rzymskiemu okupantowi. Dla realizacji swoich politycznych celów gotowi byli nawet obwołać Jezusa królem. Widzieli w Nim charyzmatycznego przywódcę i walczącego rewolucjonistę. Na jednym wydechu wypowiadali hasła o sprawiedliwości społecznej, niepodległości narodu oraz konieczności rozpoczęcia walki nie zdając sobie sprawy z tego, że idee nawet tak wzniosłe jak sprawiedliwość i prawo w oderwaniu od wiary stają się ich wykrzywieniem i deformacją.
W "tłumie" kroczącym za Zbawicielem z pewnością była cała rzesza osób chorych i niepełnosprawnych. Pomiędzy ludem lotem błyskawicy rozchodziły się wieści o uzdrowieniach, ba, nawet wskrzeszeniach z martwych dokonywanych przez Mistrza z Nazaretu. Krzyczano: "Głusi odzyskują słuch, ślepi wzrok, chromi chodzą, trędowaci są oczyszczeni". Takie informacje działają jak magnez. Ściągają nie tylko tysiące dotkniętych różnymi schorzeniami, lecz również ciekawskich, tłumy gapiów. I nie ma się co dziwić. Tyle, że wielu szukając ulgi w swych dolegliwościach zatrzymywało swoją relację ze Zbawicielem jedynie na tym poziomie. Cud, uzdrowienie i ... powrót do dawnego życia.
A co rzeczywiście Jezus miał "tłumowi" do powiedzenia? Jaką naukę mu objawił? Odpowiedź na te pytania znajdziemy w galilejskim miasteczku, do którego się udawał, w Nain. Poprzez wskrzeszenie jedynego syna wdowy Zbawiciel ukazuje swoje bóstwo. Objawia się "tłumowi" jako Pan życia i śmierci. Przedstawia się jako Ten, w którego ręku są ludzkie losy. Udowodnia, że On sam kieruje nimi według swego miłosnego zamysłu. Jezus nie chce więc, abyśmy traktowali Go jak filozofa, polityka, który zabiega o przychylność tłumów, nie chce byśmy widzieli w Nim uzdrowiciela, który dba jedynie o zdrowie ciała. Nie chce, abyśmy widzieli w Nim przedstawiciela organizacji charytatywnej, która stawia sobie za cel nakarmienie wszystkich głodnych na świecie. On chce, abyśmy widzieli w Nim Boga, który jest wieczną Miłością, który troszczy się o nas jak dobry Ojciec, i który przygotował dla nas wiele mieszkań w niebie. Takiej wiary od nas oczekuje i do wejścia w taką z Nim relację wszystkich nas zaprasza.
Virgo fidelis - ora pro nobis! 

niedziela, 15 września 2013

Homilia ku czci Matki Bożej Bolesnej

       Tak się składa, moi drodzy, że w całym roku liturgicznym poza okresem Wielkiego Postu mamy bardzo mało sposobności do rozważań o męce Zbawiciela, o tym wszystkim co z punktu widzenia naszej wiary jest w niej najważniejsze, ponieważ przyniosło nam zbawienie. Wyjątkiem od tej mało szczęśliwej zasady są dwa dni – wczorajsze święto Podwyższenia krzyża oraz dzień dzisiejszy poświęcony Matce Bożej Bolesnej.
         Dziś mamy mówić właśnie o Niej. Aby lepiej zrozumieć misję i posłannictwo, które – jak to słyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii – Najświętsza Maryja Panna otrzymała pod krzyżem musimy zatrzymać się przez chwilę nad tematem śmierci Zbawiciela i przedstawić go w nieco szerszym kontekście. Historia zbawienia bowiem, której częścią jest krzyż i stojąca pod nim Maryja zaczyna się toczyć na wiele wieków przed wydarzeniem Golgoty. Rozpoczyna się ona od tragicznej chwili popełnienia grzechu pierwszych rodziców. 
       Wiemy z przekazu Pisma Świętego, że Bóg wszystko co stworzył, wszystko co powołał do życia uczynił dobrze. Takim dobrym stworzeniem był również człowiek, w którym odbijały się obraz i podobieństwo boże. Kochając i będąc kochanym cieszył się wiecznym życiem w przyjaźni z Bogiem, bez chorób, bez nieszczęśliwych wypadków, bez cierpienia, lęków i strachu o przyszłość. I wówczas wydarzyło się coś, co zaważyło na całej historii świata. Doszło do tragedii. Ludzie zostali oszukani przez węża. Wpadli w sprytnie zastawioną przez niego pułapkę. Dali się uwieść mistrzowi kłamstwa. Uwierzyli, że jeśli okażą Bogu nieposłuszeństwo staną się jak On sam, jak Bóg. Ludzie zapragnęli tak jak On decydować o tym, co jest dobre, a co złe. Sami chcieli ustalać przykazania, nakazy i zakazy prawa. Tym sposobem obrazili swego Stwórcę i przez nieposłuszeństwo nie tylko sami stracili wieczne życie, nie tylko zostali pozbawieni raju, ale ściągnęli na wszystkie ludzkie pokolenia klątwę grzechu pierworodnego. Owa naturalna skłonność do czynienia złego przejawia się w tym, że bliżej jest nam do grzechu niż do świętości, bliżej do tchórzostwa niż do bohaterstwa, bliżej do egoizmu niż bezinteresownego poświęcenia się innym. Tak oto, nieposłuszeństwo kobiety, nieposłuszeństwo Ewy względem Boga na całe wieki pogrążyło ludzkość w ciemnościach i niewoli grzechu.
  Ta nasza pożałowania godna sytuacja zmieniła się zupełnie z chwilą przyjścia na świat drugiej Ewy, drugiej Matki – Maryi. Już samo Jej bezgrzeszne poczęcie zwiastowało zupełnie nową rzeczywistość: rzeczywistość świętości i łaski. Od tego momentu, z woli bożej, jeszcze przed przyjściem na świat Jezusa, zaczęło wszystko się zmieniać. Bóg ponownie zaczął swoje stwórcze dzieło. Wszystko czynił nowe. Zaczął ustanawiać Nowe przymierze, nowy Testament, przymierze tak mocne i trwałe, tak pewne, że nawet największy grzech człowieka, że nawet ponowna obraza Boga nie jest w stanie go zniszczyć, ponieważ zostało ono przypieczętowane, czymś czego nie da się unieważnić, a mianowicie przelaną na krzyżu krwią Zbawiciela.
I w tej oto chwili, w tym najważniejszym momencie dla losów świata pojawia się Maryja, pojawia się Matka Boga.
A pod krzyżem Matka stała” – nie mogło Jej tam zabraknąć. Była przecież stale obecna w życiu Jezusa. W domu w Nazarecie i na palestyńskich drogach. Była przy Nim kiedy stawiał pierwsze kroki. Kiedy płakał tuliła Go w swych ramionach, nosiła na rękach. Patrzyła z dumą na niego kiedy uczył się czytać. Widziała Go jak bawił się, pracował, modlił się, i jak z dnia na dzień stawał się z dziecka młodzieńcem. To dzięki Jej pośrednictwu Jezus dokonał pierwszego cudu w Kanie Galilejskiej. Kroczyła za swym Synem, kiedy opuścił rodzinny dom i zaczął głosić Ewangelię. Bólem i strachem napawały Ją wieści o tym, że raz po raz knuje się spiski na Jego życie. I wreszcie kiedy nadszedł moment Jego śmierci, kiedy Jezus wziął na siebie krzyż i ruszył obciążony nim w stronę Golgoty, krok za krokiem podążała za Nim Jego Matka. Tak oto spełniała się przepowiednia starca Symeona, że „Twoją duszę miecz przeniknie”. Maryja stała pod krzyżem i patrzyła na swoje umierające dziecko. Tylko matki są w stanie zrozumieć to co czuła w tym momencie. Pustkę, bezsilność, przeszywający nie tylko serce, ale całe ciało ból. I nagle, na kilka chwil przed śmiercią, Jezus ostatnim wysiłkiem zwrócił się do Niej i oddał pod Jej opiekę umiłowanego ucznia – Jana.
„Niewiasto oto syn twój, synu oto Matka twoja”. Ale o co Jezusowi chodziło? Czemu najpierw zwrócił się do Niej, a dopiero później do Jana? Przecież gdyby chodziło o zapewnienie Maryi opieki na starość wystarczyłoby powiedzieć: „Oto Matka twoja”. Nie, moi drodzy, nie chodziło tu o troskę umierającego Syna o Matkę, znaczenie tych słów jest o wiele wiele głębsze.
         Jezus zwrócił się najpierw do Maryi, ponieważ chce oddać pod Jej opiekę Jana, a wraz z nim rodzący się Kościół. Chce, aby wszyscy należący doń wierni mogli zakosztować tej samej miłości, której doświadczył Jezus podczas Swego życia. Zbawiciel stworzył więc w tym momencie nową nadprzyrodzoną więź, więź która nie wyczerpuje się jedynie w relacji Matki i ucznia Jana, ale która obejmuje swym zasięgiem wszystkich ludzi odkupionych przez Chrystusa. Oto Maryja ma stać się Matką Nowego ludu, ludu zjednoczonego wiarą w Chrystusa, ludu, który czerpie obficie z Mądrości bożej objawionej w Ewangelii oraz z łaski wysłużonej przez Zbawiciela na krzyżu. Maryja otrzymała w tym momencie misję stania się Matka Kościoła i umiłowania każdego chrześcijanina, w taki sam sposób, w jaki kocha Swego Syna. Tak oto na Golgocie Maryja otrzymała misję Pośredniczki stając się właśnie tam: Matką Kościoła, Matką wierzących, Wspomożycielką wiernych, Ucieczką grzeszników.
         Stąd już, moi drodzy, łatwo zrozumieć dlaczego na przestrzeni wieków okazuje nam tyle troski. Łatwo jest już pojąć dlaczego Lourdes, Fatima, La Salette, Gietrzwałd, Licheń, Częstochowa, Sulisławice. Skąd tyle cudów i łask wyproszonych za pośrednictwem Maryi. Ona nie czyni niczego innego, jak tylko wypełnia misję, która została Jej powierzona przez Boga. Jest Matką Kościoła, Matką ludzi, którzy idą za Chrystusem. Dzięki tej misji Maryja czuje się w sposób specjalny upoważniona do ingerencji w nasze życie zwłaszcza wówczas kiedy cierpimy, kiedy czujemy się opuszczeni samotni. Ona przy nas jest. Stoi obok jak Matka, stoi jak stała na Golgocie przy swoim umierającym Synu. Nawet jeśli sobie nie zdajemy z tego sprawy to razem z Nią przeżywamy nasze życiowe krzyże. Choroby i śmierć bliskich, nieszczęśliwe wypadki, troskę i niepokój o tych, których się kocha. Samotność, brak zrozumienia, starość, nałogi od których nie potrafimy się uwolnić, grzechy z którymi nie potrafimy zwyciężyć. Maryja siedzi obok nas na szpitalnych korytarzach, trzyma razem z nami kartki z wynikami badań. Razem z nami płacze nad grobami bliskich, pochyla się nad łóżeczkiem dziecka, które leży w gorączce i pociesza nas powtarzając słowa: „Nie bójcie się, bo jestem z Wami. Jestem Waszą Matką. Nie bójcie się nieść krzyża tak jak niósł go mój Syn i jak ja sama go niosłam. Nie bójcie się przeżywać razem z Nim i ze mną Wielkich Piątków waszego życia. Bo tylko ten, kto weźmie swój krzyż na ramiona, tylko ten kto żyje i umiera z Chrystusem i dla Chrystusa będzie mógł przemienić ból i smutek Golgoty na radość pustego grobu w niedzielę zmartwychwstania”. Amen.
Mater dolorosa - ora pro nobis!
Homilia wygłoszona dnia 15 września 2013 r. na odpuście parafialnym w Górach Wysokich

czwartek, 22 sierpnia 2013

Kard. Newmana klucz do interpretacji Vaticanum II, czyli myśl o rozwoju doktryny chrześcijańskiej, cz. II

       "Przybliżamy się do Prawdy dzięki doświadczeniu nabytemu przy popełnianiu błędów, a nasze sukcesy biorą swój początek z upadków. Nie wiemy jak właściwie postępować jeżeli wcześniej nie zorientujemy się, że pobłądziliśmy. (...) Jesteśmy w stanie odróżnić dobro jedynie w sposób negatywny. Nie widząc natychmiast Prawdy kierujemy się w jej kierunku, potykamy się, wybieramy błąd i zdajemy sobie sprawę, że to do czego dotarliśmy Prawdą nie jest. Idziemy naprzód po omacku, bez widzenia, raz po raz boleśnie doświadczani wyczerpujemy stopniowo możliwości popełniania błędów, aż do chwili kiedy nie pozostanie nam już nic z wyjątkiem Prawdy. To jest właśnie sposób działania, który pozwala odnieść nam zwycięstwo, idąc <<do tyłu>> w stronę Królestwa niebieskiego".
                                                                          (John Henry Newman, Parochial and Plain Sermons)

       Mając na celu zastosowanie metody kard. Newmana do tekstu ósmego rozdziału soborowej Konstytucji Lumen gentium odróżnijmy najpierw zasadę idei od jej późniejszych rozwinięć. Zasadą są teksty biblijne odnoszące się do Kościoła (pamiętamy, że Pismo Święte to "norma normans sed non normata" - norma, normująca [teologiczne twierdzenia], ale sama nie podlegająca normatyzacji).
       Kościół według Bożego Objawienia to założona przez Zbawiciela wspólnota wiary, na czele której stoi Piotr wraz z kolegium apostolskim (Mt 16, 18-19; Łk 22, 32; J 21, 15-19). Wiemy, że wspólnota ta otrzymała boski mandat do głoszenia objawionej przez Chrystusa nauki (Mt 28, 19; Mk 16,15) i sprawowania pewnych uświęconych przez Zbawiciela czynności [na biblijnym etapie rozwoju tej idei, czynności te nie noszą jeszcze nazwy sakramentów, tak jak nie wiemy, ile ich wszystkich jest] (Mt 26, 26-29; Mt 28, 19; Mk 6,13; Mk 14, 22-25; Mk 16,16; Łk 22, 19-20; Jk 5, 14-15). Dodatkowo założoną przez Chrystusa wspólnotę łączy jedna wiara w jednego Boga oraz jeden chrzest (por. Ef 4,5). A oto jakimi rozwinięciami doktryny o "jedności kościelnej" dysponujemy do 1962 r:

Papież Korneliusz (+253) ekskomunikuje zwolenników Nowacjana m. in. z powodu głoszenia przez nich nauk o niemożliwości odpuszczenia grzechów tym, którzy wyparli się wiary.
[Pojawienie się nieprawowiernej nauki i tworzenie równoległej kościelnej hierarchii, skutkuje interwencją Biskupa Rzymu, która wyklucza tę grupę ze wspólnoty Kościoła].

W toku sporów o ważność sakramentu Chrztu św. udzielanego poza Kościołem katolickim, papieże: Stefan I (+257) i Sylwester (+335) potępiają Donatystów nazywając ich nauki herezjami oraz całkowicie odcinają się od nich.
[Powtarza się schemat: brak jedności wiary skutkuje zerwaniem wspólnoty z Kościołem Rzymskim].

Credo nicejsko-konstantynopolitańskie (325-381) recytuje "una, sancta, catholica et apostlica Ecclesia".
[Tylko ten, kto wyznaje wiarę w "Jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi", w "Jego Syna Jezusa Chrystusa", w "Ducha Świętego, pochodzącego od Ojca i Syna" należy do "jednego, świętego, katolickiego i apostolskiego Kościoła" i może z nadzieją spodziewać się "odpuszczenia grzechów, ciała zmartwychwstania i życia wiecznego" ].

Papież Liberiusz (+366) w Liście Studens paci pisze o "wyłączaniu z komunii z papieżem i z Kościołem Rzymskim" tych, którzy nie są mu posłuszni.

Jedyność w swoim rodzaju i prymat Kościoła rzymskiego zostaje podkreślony przez papieży Innocentego I (+417) [List Inter ceteras Ecclesiae Romanae] oraz Zozyma (+418), [List Quamvis Patrum]Bonifacego I (+422).

Anastazy II (+498) rozwija doktrynę o ważności przy jednoczesnej niegodziwości sakramentów administrowanych przez schizmatyków [List Exordinum pontificatus mei].

Konieczność trwania w jedności ze Stolicą Piotrową podkreślają papieże Pelagiusz I (+559) [List Adeone te] i Pelagiusz II (+590) [List Dilectionis vestrae].

Leon IX (+1054) w liście do Michała Cerulariusza pisze: "Czyż Stolica Księcia Apostołów, mianowicie Kościół rzymski, nie potępił, nie odrzucił i nie przezwyciężył błędów wszystkich herezji, tak przez samego Piotra jak i przez jego następców?".

Innocenty III (+1216), Wyznanie wiary ułożone dla Waldensów. "Wierzymy sercem i wyznajemy usty, że istnieje jeden Kościół, nie jakiś heretycki, lecz święty, rzymski, katolicki i apostolski, poza którym, wierzymy, iż nikt się nie zbawia".

Sobór Laterański IV (1215): "Jeden jest powszechny Kościół wiernych, poza którym nikt w ogóle nie bywa zbawiony", a jego cechą charakterystyczną jest to iż w nim: "Ciało i krew Chrystusa prawdziwie są zawarte w Sakramencie Ołtarza pod postaciami chleba i wina przeistoczonymi Boską mocą - chleb w Ciało a wino w Krew".

Bonifacy VIII (+1303), Bulla Unam sanctam.  "Wiara nas skłania do utrzymywania i wyznawania, że jest jeden Kościół, święty katolicki i apostolski. (...) Ten Kościół przedstawia się jako jedno ciało mistyczne, którego głową jest Chrystus, Jego zaś głową jest Bóg. W nim [jest] jeden Pan, jedna wiara, jeden chrzest (Ef, 4,5). Jedna przecież była arka Noego w czasie potopu, symbolicznie zapowiadająca jeden Kościół. (...) Poza nią wszystko, co istniało - jak czytamy - zostało zniszczone. (...) Nazywając swoje ciało <<Jedynym>> Pan nasz miał na myśli Kościół, którego cechuje jedność: jeden Oblubieniec, jedna wiara, jedne sakramenty, jedna miłość. (...) Kościół ten ma jedno ciało i jedną głowę, nie dwie głowy jak jakieś monstrum. Ta głowa to właśnie Chrystus i Piotr, Jego następca, a także następca Piotra (...). Jeśli zatem Grecy lub inni mówią, że nie zostali powierzeni Piotrowi i jego następcom, to muszą przyznać, iż nie są z owiec Chrystusa (...). Toteż oznajmiamy, twierdzimy i ogłaszamy, że posłuszeństwo Biskupowi Rzymu jest konieczne dla osiągnięcia zbawienia".

Sobór Florencki (1442) Dekret dla jakobitów: "Nikt nie może być zbawiony, choćby jego jałmużny były wielkie i choćby przelał krew za Chrystusa, jeśli nie pozostanie w łonie Kościoła katolickiego".

[Sobór Laterański V (1516) uroczyście zatwierdził nauki zawarte w Bulli Unam Sanctam podczas XI Sesji obrad].

Pius IX (1854) Mowa konsystorialna Singulari quadam: "Trzeba oczywiście przyjąć jako prawdę wiary, że poza apostolskim, rzymskim Kościołem nikt nie może być zbawiony. On jest jedyną arką zbawienia (...). Równocześnie jednak za pewne należy uważać, że ci, co są w nieznajomości prawdziwej religii, nieznajomości nie do przezwyciężenia, żadnej nie ponoszą winy z tego powodu w oczach Pana. Lecz któż - wobec różnorodnej natury narodów, krajów, umysłów oraz wielu okoliczności - miałby tyle odwagi, by określić granice tej niewiedzy? (...) Lecz jak długo przebywamy na ziemi przytłoczeni ciężarem materii, która przytępia duszę, wierzymy najusilniej według nauki katolickiej, że jest <<jeden Bóg, jedna wiara, jeden chrzest>>. Nie godzi się posuwać dalej naszych dociekań".
[Bardzo ważny głos Magisterium, który doskonale przestawia otwarcie się idei na "inny" sposób korzystania tych, którzy znajdują się poza widzialną wspólnotą Kościoła z darów pozostawionych tam przez Chrystusa. Refleksja teologiczna nad tym zagadnieniem zostanie podjęta i rozwinięta w Liście Świętego Oficjum do abp Bostonu Richarda Cushinga blisko sto lat później].

Święte Oficjum (1864) w Liście do biskupów angielskich naucza: "[Twierdzenie] owo zupełnie wywraca bosku ustrój Kościoła. Z całej swej istoty zakłada, iż prawdziwy Kościół Jezusa Chrystusa składa się częściowo z Kościoła rzymskiego, rozpowszechnionego po całym świecie, częściowo zaś ze schizmy Focjusza i z herezji anglikańskiej, dla których tak samo jak dla Kościoła rzymskiego, <<jeden jest Pan, jedna wiara, jeden chrzest>>. (...) Prawdziwy Kościół Jezusa Chrystusa został z ustanowienia Bożego wyposażony w cztery znamiona umożliwiające jego rozpoznanie, o których stwierdzamy w symbolu, że należy w nie wierzyć. Każde z tych znamion w taki sposób łączy się z innymi, że nie można go od nich oddzielić. Z tego wynika, że Kościół, który naprawdę jest katolickim i nazywa się takim, musi jednocześnie jaśnieć przymiotami jedności, świętości i sukcesji apostolskiej. Kościół zatem katolicki jest jeden przez wyraźną i doskonałą jedność na całym świecie i wśród wszystkich narodów, tę jedność, której zasadą, źródłem i doskonałym początkiem jest najwyższy autorytet i szczególniejsze pierwszeństwa Piotra, księcia Apostołów i jego następców na Rzymskiej Katedrze. Nie ma innego Kościoła katolickiego, jak tylko ten, który powstaje w jedności i miłości zbudowany na jednym Piotrze, <<złożony i złączony w jedno ciało>> (Ef 4,16)".

Pius IX (1864) w Syllabusie potępia opinie według których: "Można mieć przynajmniej uzasadnioną nadzieję co do zbawienia wiecznego tych wszystkich, którzy w żaden sposób nie należą do prawdziwego Kościoła Chrystusa" oraz "Protestantyzm nie jest niczym innym jak tylko jedną z różnych form tej samej prawdziwie chrześcijańskiej religii, w której tak samo można podobać się Bogu, jak i w Kościele katolickim".

Sobór Watykański I (1870) w Konstytucji dogmatycznej Pastor aeternus rozwinął ideę prymatu Piotrowego, opisał naturę władzy Biskupa Rzymu oraz doprecyzował nauczanie o nieomylności papieskiej w zakresie wiary i moralności, określając je jako narzędzia przekazane przez Zbawiciela w celu zapewnienia jedności Kościoła poprzez "potępienia i odrzucenia błędów przeciwnych i zgubnych dla owczarni Pańskiej".

Dekret Lamentabili Świtego Oficjum (1907) potępia opinię, że "Ustrój organiczny Kościoła nie jest zmienny, lecz społeczność chrześcijańska, podobnie jak społeczność ludzka podlega ustawicznemu rozwojowi".
[Jakakolwiek nauka, która godzi w istniejący ustrój organiczny Kościoła, tak na wewnątrz, jak i zewnątrz jest fałszywa].

Pius XII Encyklika Mistici Corporis Christi (1943). "Do rzeczywistych członków Kościoła zaliczyć można tylko tych ludzi, którzy przyjęli chrzest odrodzenia i wyznają prawdziwą wiarę, a którzy nie oderwali się pożałowania godną swawolą od organicznej jedności ciała lub też nie zostali odłączeni przez prawowitą władzę z powodu ciężkich przewinień. (...) Zatem jak w prawdziwej społeczności wiernych chrześcijan jedno jest tylko Ciało, jeden Duch, jeden Pan i jeden chrzest, tak też jedna może być tylko wiara (Ef 4,5); dlatego ktokolwiek odmówi Kościołowi posłuszeństwa, ma być, mocą nakazu Pana, uważany za poganina i celnika (Mt 18,17). Z tego powodu ci, którzy są wzajemnie rozdzieleni z przyczyn różnej władzy, nie mogą żyć w jednym ciele ani też w jednym Duchu". Pod koniec Encykliki Pius XII wspomina o tych: "którymi kieruje nieuświadomione pragnienie i tęsknota ku Mistycznemu Ciału Odkupiciela". [Nie wyłącza ich wcale ze zbawienia wiecznego, z drugiej strony twierdzi, że przebywają w takim stanie, że "nie mogą być bezpieczni o swoje wieczne zbawienie, ponieważ brak im tylu i tak wielkich niebieskich pomocy, z których można korzystać tylko w Kościele katolickim"].

List Świętego Oficjum do abp Richarda Cushinga (1947). "Między prawdami, jakie Kościół zawsze głosił i nigdy nie przestaje głosić, znajduje się również owo nieomylne orzeczenie, które nas uczy, że poza Kościołem nie ma zbawienia. (....) Dlatego nie zbawi się nike, kto wiedząc, że Kościół został mocą Boską ustanowiony przez Chrystusa, nie chce jednak poddać się Kościołowi lub odmawia posłuszeństwa Rzymskiemu Biskupowi, zastępcy Chrystusa na ziemi [Rozwinięcie nauki Bulli Unam sanctam]. (...) W nieskończonym swoim miłosierdziu Bóg chciał, aby skutki tych pomocy koniecznych do zbawienia (...) można było osiągnąć w pewnych okolicznościach, jeśli ktoś okaże ich pragnienie lub życzenie [Rozwinięcie nauki Soboru Trydenckiego o sakramentach]. (...) To pragnienie nie musi być wyraźne, jak to jest u katechumenów, lecz ma ono również wtedy miejsce, kiedy człowiek znajduje się w niewiedzy niemożliwej do usunięcia. Bóg także przyjmuje ukryte pragnienia, nazwane w ten sposób, ponieważ jest ono zawarte w dobrym usposobieniu duszy, dzięki któremu człowiek chce uzgodnić swoją wolę z wolą Bożą".

Pius XII w Encyklice Humani generis (1950) pisze: "Niektórzy sądzą, że nie obowiązuje ich nauka, jaką kilka lat temu, w oparciu o źródła Objawienia, wyłożyliśmy w encyklice Naszej, że mianowicie Mistyczne Ciało Chrystusa i Rzymskokatolicki Kościół są jednym i tym samym. Inni sprowadzają do czczej formuły konieczność przynależenia do prawdziwego Kościoła, aby można zbawienie osiągnąć. Jeszcze inni krzywdę wyrządzają chrześcijańskiej wierze, nie chcąc uznać rozumnej wiarygodności prawd objawionych".

       W trzeciej części wpisu o metodzie kard. Newmana odpowiemy na pytanie: "Czy zwrot <<subsistit in/ trwa w>> użyty w tekście Konstytucji dogmatycznej Lumen gentium wpisuje się, czy też nie w proces organicznego rozwoju teologicznej idei o Kościele?

Mater Ecclesiae - ora pro nobis!

środa, 14 sierpnia 2013

Patrzeć w niebo, czyli myśl w wigilię Uroczystości Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny

"Gdy zaś inne stworzenia wzrok spuszczają w ziemię, człowiek otrzymał postać wyniosłą, miał nakaz patrzeć w niebo, twarz zwracać ku gwiazdom".
                                                                                                                             Owidiusz, Przemiany

     Tuż przy słynnym ze swoich fontann i egipskiego obelisku rzymskim Placu Navony znajduje się jeden z moich ulubionych kościołów Wiecznego Miasta - Sant'Agnese in Agone. Historia tej świątyni sięga roku 1651, kiedy to Giovanni Battista Pamphilij, z woli Bożej i decyzji kardynalskiego kolegium papież Innocenty X, po nabyciu licznych okolicznych posiadłości, podjął decyzję o wybudowaniu na miejscu starej, poświęconej św. Agnieszce świątyni, nowego barokowego kościoła. Nie bez nieporozumień pomiędzy architektami (Carlo Rainaldi, Francesco Borromini, Giovanni Lorenzo Bernini), którym kolejno to powierzano, to odbierano realizację projektu, został wzniesiony monumentalny budynek, który swym układem i wystrojem zachwyca każdego, kto przestępuje jego progi. Wnętrze kościoła przyciąga uwagę wieloma dziełami sztuki: głównym, w całości rzeźbionym ołtarzem Świętej Rodziny, wykonanymi w tej samej technice przedstawieniami śmierci rzymskich męczenników: św. Cecylii, św. Aleksego, św. Eustachego, św. Emerencjany oraz blisko dwumetrową rzeźbą ukazującą ostatnie ziemskie chwile św. Sebastiana. Doprawdy, siła promieniowania urokiem tego miejsca jest tak duża, że nawet zupełnie nie umiejące się zachować w innych świątyniach grupy japońskich i amerykańskich turystów tu niespodziewanie milkną, dając się pochwycić zachwytowi nad pięknem, które trwa i nigdy nie przeminie. Ars longa, vita brevis. Pośmiertny tryumf XVII i XVIII-wiecznych mistrzów pędzla i dłuta.
       Jednak przy całym tym zachwycie dla walorów barokowego wystroju świątyni ten, kto nie podniesie wzroku ku górze, kto nie oderwie się od horyzontalnej perspektywy widzenia rzeczy i nie spojrzy w stronę kopuły ozdobionej przedstawieniem Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, wizytę w kościele Świętej Agnieszki może uznać za niebyłą.
       Dante Alghieri w Boskiej komedii wprowadzając czytelnika w bramy raju, zaczął swą opowieść o nim słowami, które przychodzą na myśl, kiedy staje się w zachwycie pod sufitem świątyni:

"Majestat wszystkich rzeczy Wzruszyciela
W przestwory wnika i na światów skronie
Ustopniowaną jasnością odstrzela.
W niebie, co wporzej bożych iskier chłonie,
Byłem widziałem, czego nie wyświęci
Słowami człowiek, choć był w tamtej stronie.
Bo przybliżony do celu swej chęci
Rozum nasz tak w nim przepaściście ginie
że nie pociągnie za sobą pamięci".

      Nade mną niebo, którego "człowiek słowami swemi nie wyświęci". Fresk Wniebowzięcia, pełen kapitalnych szczegółów robi ogromne wrażenie. Jest on dziełem rzymianina Cirro Ferri, ucznia słynnego Piotra z Cortony. Ferri rozpoczął zdobienie kopuły świątyni w 1670 r., jednakże zmarł przed definitywnym ukończeniem prac, które to z kolei przypadły w udziale jego uczniowi - Sebastiano Cobelliniemu. W całym dziele uderza jednocześnie dbałość o detal i uporządkowana swoboda z jaką artysta rozlokowuje niebieskie postaci. Złoty pierścień przy świetliku powoduje, że kopuła wydaje się być jeszcze wyższa niż w rzeczywistości. Aniołowie i święci w niczym nie przypominają sztywnych, nieruchomych  posągów. Wprost przeciwnie! Obraz porusza się, oddycha, żyje. Niebo jest życiem.
        Głównym motywem malunku jest wejście do niebieskiej chwały Najświętszej Maryi Panny. Stoi Ona na obłoku, odbierając hołdy całego niebieskiego zgromadzenia, ale co ciekawe nie czyni tego w geście zwycięzcy, w geście zawodnika, który dopiero wygrał zawody. Jej ramiona nie wznoszą się ku górze, lecz rozciągają się od wschodu do zachodu. Ten gest to symbol matczynej miłości, którym Maryja chce objąć całe stworzenie. Alegoria Kościoła. W ten właśnie sposób tryumfuje pokora i posłuszeństwo bożym wyrokom. Tak oto, odnosi zwycięstwo bezgraniczne zaufanie Panu wyrażone przed laty jednym tylko słowem fiat. "Niech mi się stanie według słowa Twego".
       W kolorowych albumach, które przywiozłem z muzeów Paryża, Rzymu, Florencji, Brukseli i innych miast szukam wcześniejszych niż XVII-wieczne przedstawień Wniebowzięcia. Doprawdy jest rzeczą niezwykle interesującą spostrzec, jak chrześcijanie i to na długo przed formalnym ogłoszeniem dogmatu wierzyli, że Matka Boga nie zakończyła swego życia w taki sam sposób jak inni grzesznicy. W XVI wieku Jacopo Tintoretto, w XV-tym. mnisi Fra Anglelico i Filippo Lippi, w XIV-tym Giotto, w XIII-tym Jacopo Torriti oddali językiem sztuki prawdę wiary, którą dziś świętujemy. Stąd też Pius XII, definiując w 1950 r. naukę o Wniebowzięciu razem z duszą i ciałem Najświętszej Maryi Panny w jednakowym stopniu argumentował biblijnym fundamentem, świadectwem Ojców i teologów, co i głęboko zakorzenioną wiarą prostego ludu, który nie mogąc zgłębiać tajemnic Boga w bibliotekach i uniwersyteckich aulach odkrywał prawdę o Niewypowiedzianym na kolanach.
       Na koniec chcę dodać już tylko jedno zdanie, jak cudowną i zapierającą dech w piersi rzeczywistością musi być niebo skoro według słów św. Pawła, "nie widziało oko, nie słyszało ucho, ani ludzki język nie zdoła wyrazić" jego piękna. Myślę jednak, że na te słowa Apostoła Narodów trzeba brać sporą poprawkę, wszak św. Pawłowi nie dane było nigdy odwiedzić kościoła Sant'Agnese in Agone, gdzie geniusz Ferriego szeroko otworzył okno na błogosławioną wieczność.
Regina in coelum assumpta - ora pro nobis!