poniedziałek, 19 grudnia 2011

''Nikt nie wchodzi dwa razy do tej samej rzeki'', czyli nowa garść liturgicznych groszy

       Jakiś czas temu, pewien włoski proboszcz zwrócił się do mnie z nietypową prośbą: Czy nie znasz jakiegoś księdza z innego obrządku, który mógłby przyjechać do naszej parafii i zaprezentować nam liturgię swojego Kościoła? W zeszłym roku byli u nas Ormianie, dwa lata temu grekokatolicy, więc tym razem myślałem, że mógłby to być albo jakiś maronita, albo Hindus z Kerala? Cóż - odparłem - w naszym kolegium mamy i jednych i drugich, ale ... co ksiądz by powiedział na to, by zaprosić do siebie Bractwo Świętego Piotra albo Franciszkanów Niepokalanej z celebracją przedsoborowego rytu? Po Summorum Pontificum - nie znając liturgicznych preferencji rozmówcy wolałem zasłonić się na wszelki wypadek Motu proprio - myślę, że nadzwyczajna forma Mszy Świętej mogłaby jako nowość zainteresować młodszych, a z kolei starszym parafianom przypomnieć się jako liturgia ich młodości i dzieciństwa. Proboszcz spojrzał się na mnie z ukosa i kręcąc głową odparł: To niemożliwe. Co by powiedzieli o mnie inni księża? Też mi pomysł! Po co? Zresztą, nikt nie wchodzi dwa razy do tej samej rzeki. Dziwne - pomyślałem - przecież papież Benedykt od blisko siedmiu już lat nie ustaje w zapewnieniach, żeśmy z tej rzeki nigdy nie wyszli. Pytanie jednak pozostało. No właśnie, po co?
     George Mallory był bez wątpienia jedną z najbardziej barwnych postaci okresu międzywojennego. Z zawodu nauczyciel historii, z konieczności żołnierz pierwszego światowego konfliktu nie został zapamiętany przez potomnych ani jako wybitny pedagog, ani bohater krwawych zmagań nad Sommą i Marną. Stał się natomiast sławny dzięki swej niezwykłej pasji, dzięki swej fascynacji alpinizmem. Tuż po zakończeniu Wielkiej Wojny Mallory rozpoczął przygotowania do pierwszego wejścia na najwyższy szczyt ziemi - Mount Everest. Podjął trzy próby jego zdobycia. Kiedy w 1922 roku podczas drugiej z tych wypraw lawina zabiła siedmiu członków jego ekipy ówczesne media oskarżyły go o lekkomyślność oraz o szafowanie zdrowiem i życiem swoim i innych w przedsięwzięciu, które ich zdaniem nie miało żadnych szans powodzenia. Why do you want to climb Mount Everest? (Dlaczego chcesz wspiąć się na M. E?) - zapytał go przed trzecią wyprawą pewien amerykański dziennikarz. Młody Brytyjczyk spojrzał się na niego i wyraźnie zdenerwowany ciągłym odpowiadaniem na to samo pytanie odparł krótko: Because it is there! (Ponieważ tam jest!).
       Wiele razy zastanawiałem się nad moją fascynacją łacińską liturgią. Skąd mi się to wzięło? Kto to we mnie zaszczepił? Nie pamiętam przecież tych czasów, kiedy była ona jedyną liturgiczną formą modlitwy rzymskiego Kościoła. Jestem na to zbyt młody. Rocznik 1978. Nie wychowali mnie tak moi rodzice i dziadkowie, dla których różnica pomiędzy Mszą przed i posoborową sprowadza się jedynie do używanego w niej języka i ustawienia celebransa. Przed moimi święceniami miałem o niej ledwie blade pojęcie (dziś dodaję z uśmiechem ''Bogu dzięki'', bo być może moja droga do kapłaństwa znacznie by się wydłużyła). Nie zdobyłem o niej wiedzy w benedyktyńskich klasztorach w Jouques i Fontgombault, bo trafiłem do nich już dawno po moich ''nadzwyczajnych'' prymicjach. I dziś kiedy przychodzi mi do głowy pytanie: Dlaczego chcę odprawiać Mszę Świętą w jej nadzwyczajnej formie? nie znajduję lepszej odpowiedzi, niż ta Mallory'ego: ''Ponieważ ona jest'' i to mi w zupełności wystarcza.
Mater Ecclesiae - ora pro nobis!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza