wtorek, 14 lipca 2015

Kazania sandomierskie: Fałszywi prorocy - Kazanie na VII Niedzielę po Zesłaniu Ducha Świętego


+JMJ
Moi Drodzy!
     Rozważając dzisiejszą Ewangelię chciałbym zatrzymać się nad dwiema sprawami, nad dwoma tematami, które ta Ewangelia poddaje nam pod rozwagę. Pierwszy z nich to ostrzeżenie przed fałszywymi prorokami. A drugi temat to słowa, które powinny wzbudzić w nas duchowy niepokój: „Nie każdy, kto mi mówi Panie, Panie wejdzie do Królestwa Niebieskiego”.
      Fałszywi Prorocy. Zbawiciel sformułował swą wypowiedź o fałszywych prorokach w sposób niezwykle obrazowy. Mówi o nich: „drapieżne wilki, które w owczej skórze” przychodzą, by atakować i rozpraszać Chrystusową owczarnię, czyli Kościół. Wilki sprowadzają więc nie tylko fizyczną śmierć, ale również mogą one sprowadzić śmierć duchową poprzez sianie zamętu oraz kłamstwa.
       Wystarczy tylko zerknąć do kart historii Kościoła, by przekonać się, że już od pierwszego wieku, od samego początku byli tacy ludzie, którzy, co ciekawe, niejednokrotnie bez złej woli, niejednokrotnie będąc przekonanymi o prawdziwości głoszonych przez siebie nauk, stawali się owymi wilkami. Ariusz, Pelagiusz, Luter, Kalwin – ludzie ci deformowali Ewangelię, zniekształcali Objawienie, a przez to fałszowali prawdę, którą Bóg objawił o sobie samym. Zerknijmy do Encyklopedii. Wczytajmy się w hasła: doketyzm, który zaprzeczał fizyczności ciała Chrystusa, arianizm –  odmawiający Zbawicielowi bóstwa, monofizytyzm – zaprzeczający Jego człowieczeństwu, donatyzm – mówiący, że w Kościele jest tylko miejsce dla ludzi świętych, pelagianizm – twierdzący, że człowiek może zbawić się sam, własnymi siłami bez pomocy Bożej łaski, czy bardziej nam współczesne herezje luteranizmu, kalwinizmu i modernizmu – wszystkie te nauki miały zdecydowanie negatywny wpływ na wiarę poszczególnych ludzi, wywołały w duszach niemało zamętu i sam Pan Bóg jeden raczy widzieć ilu ludzi doprowadziły do wiecznego potępienia. Co jest jednak ciekawe, niezwykłym wyrokiem Bożej Opatrzności herezje te przyczyniały się również do rozwoju ortodoksyjnej nauki Kościoła. Kościół bowiem, stojąc w obliczu takich zagrożeń i błędów musiał włożyć ogrom wysiłku intelektualnego oraz duchowego, aby dokładnie, aby precyzyjnie określić, co jest prawdą wiary, a co jej wypaczeniem.
     Na przestrzeni całych wieków, w toku zaciętych sporów i polemik opracowane zostały zasady i reguły, które i dzisiaj powinny nam pomagać w rozeznawaniu i ocenianiu teologicznych twierdzeń. Myślę, że całkiem na miejscu będzie przytoczenie dwóch najbardziej podstawowych, obie wydają się dość łatwe do zapamiętania:
Po pierwsze: nauczanie Kościoła nie może przeczyć samemu sobie. Przez dwa tysiące lat istnienia Katolickiego Magisterium, doktrynalny rozwój jaki się w nim dokonał może być określony tylko jednym słowem – jednorodność. Przechodzi się od tego, co nie wyjaśnione do tego, co doprecyzowane. Od ogólności do szczegółowości.
I po drugie: żadna nowa nauka nie może pojawić się w nauczaniu Kościoła, ponieważ Objawienie zakończyło się wraz ze śmiercią ostatniego z Apostołów. I choć Kościół ogłasza nowe dogmaty, papieże piszą encykliki, ich treść, prawdy w nich zawarte, są głęboko zakorzenione w Objawieniu Zbawiciela, w tym Objawieniu które zostało przekazane Apostołom. Ponieważ katolicyzm to nic innego jak przekazywanie z pokolenia na pokolenie Objawienia, które z biegiem czasu jest coraz lepiej rozumiane, coraz lepiej interpretowane i pojmowane. Dokładnie w myśl słów św. Pawła z Pierwszego Listu do Koryntian. Słowa te wyrażają cały geniusz katolicyzmu: „Przekazałem to, co otrzymałem”.
Tę część naszych rozważań, moi Drodzy, można więc podsumować w następujący sposób: Wszystko co Kościele katolickim nie jest tradycyjne, wszystko co nie sięga swymi korzeniami Chrystusa jest jedynie teologiczną tandetą lub plagiatem innych niechrześcijańskich idei.
„Nie każdy kto mi mówi Panie, Panie wejdzie do Królestwa Niebieskiego”. Jest takie polskie powiedzenie, które bardzo dobrze oddaje tę prawdę. „Modli się pod figurą, a diabła ma pod skórą”. I coś w tym jest, że tak wielu ludzi, którzy mają Pana Boga na ustach, ludzie, którym imiona Jezusa i Maryi praktycznie z języka nie schodzą, są w stanie wyrządzać innym zło, dopuszczać się względem bliźnich niesprawiedliwości. Jeden z moich znajomych, ojciec Dominikanin zwykł mawiać: „Można mieć wargi spękane od modlitwy niczym antyczne schody, a w życiu Boga nie spotkać”. I to jest prawda.
„Nie każdy, kto mi mówi Panie, Panie wejdzie do Królestwa niebieskiego”. Ile trzeba mieć pokory, ile miłości, ile razy podjąć decyzję o nawróceniu, aby dostać się do nieba! Jak bardzo trzeba być bezkompromisowym w podejściu do prawdy, ile czasu trzeba spędzić na modlitwie, ile łez trzeba wylać nad swymi grzechami, aby dostać się do niebieskiej Ojczyzny! Jak bardzo trzeba kochać ludzi, nawet tych, którzy nam źle życzą, jak często musimy mówić słowo: „przebaczam”, aby samemu móc je usłyszeć z ust Przedwiecznego Sędziego! 
„Nie każdy kto mi mówi Panie, Panie, wejdzie do Królestwa Niebieskiego”. A kto tam trafi? A kto tam dotrze? „Wejdą tam tylko ci, którzy pełnią wolę Ojca” – mówi Pismo Święte. Módlmy się zatem za samych siebie, abyśmy umieli odczytać wolę Bożą w naszym życiu. Módlmy się również za tych, aby Ci, którym się tylko wydaje, że pełnią Jego wolę, a w rzeczywistości są budowniczymi domów bez fundamentu, domów nie na skale postawionych lecz na piasku, aby odkryli piękno naszej wiary, piękno katolicyzmu jedynej prawdziwej religii i podjęli się wspaniałego i wielkiego dzieła, do którego wszyscy jesteśmy wezwani, a mianowicie: „Przekazywania tego, co się otrzymało”, a nie tego co się samemu wymyśliło. Amen.
Mater purissima - ora pro nobis!

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza